sobota, 12 listopada 2011

Unifikacja oddziaływań słabych

Czemu taki tytuł? Po to żeby było przewrotnie. Może kojarzyć się z fizyką, lecz o niej nie będzie. O czym będzie - nietrudno się domyślić - o ludziach. Po pierwsze wyjdźmy z założenia, że człowiek mając wpływ na otoczenie jest oddziaływaniem. Czy tytuł już jasny?

Bazując na tym samym schemacie [obserwacja - przemyślenie - napisanie]. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że obracam się w świecie w którym wszyscy zaczynają być do siebie podobni... broń Panie Boże nie mam na myśli cech fizycznych [przecież mówiłem że żadnego aspektu fizycznego tu nie będzie]. Chodzi mi jak zwykle o to co siedzi głębiej.

Jadę sobie jakiś czas temu skmką w stronę stolicy i nagle słyszę jak na którejś stacji znajomy głos woła "oooooo! cześć"... "Kurczę", myślę, "jakiejś znajomej nie zauważyłem?" Po chwili odwróceń i wychyleń głowy doszedłem do wniosku, że głos wydobyła z siebie ~20 letnia dziewczyna z nienaturalną opalenizną i długością paznokci, która co prędzej wymieniła tak głośno jak tylko jej głosik pozwalał najświeższe plotki ze swoją kumą [która o dziwo miała taki sam ton głosu, tak samo akcentowała, i śmiała się dokładnie z tych samych faktów]. Na szczęście opuściłem pociąg w śródmieściu i byłbym o tym zapomniał, gdy tu nagle słyszę podobny głos parę kroków ode mnie. Tym razem była to dziewczyna na pierwszy rzut oka sprawiająca wrażenie całkiem inteligentnej, aczkolwiek dość nieuważnie podającej na cały głos numer dostępu do internetowej obsługi bankowej [napomknę że jesteśmy na stacji Warszawa Śródmieście]. Żeby nie było, że się czepiam kobiet, posłuchałem dla kontrprzykładu rozmów w tramwajach, autobusach, na uczelni i w różnych innych miejscach. Co stwierdziłem? U facetów występuje dokładnie takie samo zjawisko, tylko że w tym przypadku dużo łatwiej powiązać ludzi w pewną grupę.

Po przeprowadzeniu badań organoleptycznych, mogę stwierdzić że wśród kobiet każda tzw. solara mówi w ten sam zmanierowany sposób. Najbardziej zastanawiającym jest jednak fakt, że co bardziej rodzicobogatna i odlansowana "inteligencja" mówi w zdumiewająco podobny sposób [sic] i w tym wypadku dotyczy to zarówno kobiet jak i mężczyzn. Proste badanie: wystarczy posłuchać jak zaczynana jest rozmowa: [nie umiem oddać literami tonów i przedłużeń, ale się postaram:]
-Noo czeeeeeeeeść
-O heeiii! Coo taam...?
-A wiesz [opcjonalna "kurwaa" w przypadku facetów]
a. jaaakos' leciii
b. maaam takieeeg kaaaca
c. etc...

Ja wiem że działają pewne upodobnienia międzyludzkie i długo ze sobą przebywając pewien sposób mówienia może zostać uwspólniony... ale na litość, wątpię żeby nienaturalna opalenizna często widywała się z klasą okularów-kujonek [najlepiej Ray-Bana]. A teraz pytanie. Z czego to może wynikać? Śmiem pokusić się o dość szokującą hipotezę. Ludzie z pewnymi dysfunkcjami umysłowymi również mają skłonność do przeciągania, i nieoczekiwanego akcentowania słów. Może po prostu nasze społeczeństwo zaczyna używać mózgu coraz rzadziej i na krótki dystans? Przecież teraz wszystko ma być proste do ogarnięcia, proste do zrozumienia, proste w odbiorze, a broń Boże ["ateiści" jak zdarzyło mi się posłuchać czasem również używają tego zwrotu] jeśli coś ma w sobie trochę matematyki. Tak więc jak wszystko ma być proste, to w sumie czemu używać wyszukanych słów czy pracować nad indywidualną intonacją, czy też wymową jakąkolwiek w ogóle. Mówmy wszyscy tak samo, wtedy bez większych wysiłków się zrozumiemy. Idźmy tym tropem dalej. Upraszczające się społeczeństwo potrzebuje przecież najprostszych rozrywek: czy to pełne przyziemnej i wyreżyserowanej rywalizacji teleturnieje z cyklu "The Voice of Poland", lub najsłabiej pod słońcem zagranych "Trudnych spraw" lub śmierci Hanek... Inni z kolei nie mogą porzucić dzikich łubudubu imprez gdzie alko leje się strumieniami [a potem rywalizacja: ja to się tak nachlałem, że prawie wpadłem do basenu... A ja to skończyłem w łóżku z kumplem... O! A ja z dwiema napalonymi panienkami. Ha, a ja w kiblu" Teraz uwaga. Nie mówię żeby wszystko to teraz porzucić i chodzić tylko do teatru i filharmonii, czytać klasykę i trzymać nos powyżej czubka głowy. Nie. Wszystko jest dla ludzi, ale dlaczego dzięki temu wszystkiemu musimy się upraszczać? Czemu mamy żyć tylko od uchlania do uchlania czekając tylko aż będzie z kim iść do klubu? Czemu tak wielu ludzi mianujących siebie "inteligentami" dąży do tego żeby spłycać siebie na tyle różnych sposobów? A może ewolucja robi psikusa i poprawiając wygląd człowieka jednocześnie zmniejsza rozmiary naszej czaszki? [To by było proste i wygodne]. Jaki wpływ na otaczający świat ma tak zblazowana osoba? Żaden. Czym różni się od innych? Niczym. [Paradoksalnie każda z nich żywi głębokie przekonanie, że jest jedyna w swoim rodzaju - bo Ray Banki ograniczają trochę pole widzenia.] Czyim głosem mówi? Opinii publicznej [czyli de facto niczyim, albo jakimś tam]. Czy potrafi zdefiniować kim jest i co robi? Jakoś tak ogólnie tak, ale w sumie to jest romantycznie nieokreślona. Krótko: unifikacja jednostek słabych w wielką bezmyślną homogeniczną poglądowo papkę. Nie chcę teraz apelować i głosić manifestów w stylu: "Ludzie! Myślcie! Bardziej! Nie... jeszcze nie wystarczająco!" [chociaż może niektórym by się przydało]. Chcę natomiast żeby trochę zatrzymać się nad tym, kiedy wyłączamy mózg a włączamy bezmyślenie gdy właśnie myślenie i ciągła rewizja rzeczywistości jest potrzeba.

niedziela, 25 września 2011

Któż otrze anielskie łzy

Jak co roku we wrześniu, w konstancińskim amfiteatrze odbył się rodzinny festyn anielski organizowany przez zgromadzenie sióstr od aniołów. Po raz kolejny miałem okazję pomagać przy jego organizacji wraz z paczką tłuszczańsko-warszawsko-konstancińską.

W tym roku nam wolontariuszom udało się przyjechać dość wcześnie poprzedniego dnia więc mieliśmy więcej czasu aby uczynić wszystkie niezbędne przygotowania. Szczerze mówiąc gdy przyjeżdżaliśmy wieczorem to wszystko było już gotowe do przewiezienia i rozstawienia więc niemiałem dokładnie pojęcia ile pracy kosztuje siostry przygotowanie i ogarnięcie całego festynu. Nam zostało przydzielone w prawdzie niewiele, ale i tak poczuliśmy presję czasu. Dodatkowym dystraktorem była wiadomość która zaburzyła nam rytm pracy, ale o której nie chcę w tym momencie pisać, ponieważ wywołała zbyt dużo nieprzyjemnych emocji. Tak czy inaczej, z pomocą chyba tylko aniołów, czuwających nad nami udało się przygotować wszystko [mimo że część została na niedzielę rano]. W niedzielę pojawiło się jeszcze więcej pomocnych ludzi, którzy zajęli się kuchnią, namiotami i wieloma innymi kwestiami wymagającymi uwagi. Oczywiście nie obyło się bez nerwów i napięcia, czy ze wszystkim uda nam się wyrobić. Na szczęście Aniołowie czuwali. Doskonałym przykładem jest fakt, że poprosiłem siostrę Anię o to by podwiozła mnie na chwilę do domu, bo zapomniałem kilku rzeczy. Z początku nie za bardzo chciała, bo jako organizator główny, musiała doglądać wszystkiego na miejscu, jednak gdy pojawiła się siostra Ala z tą samą prośbą, samochód został odpalony i szybciutko pomknęliśmy do domu. Okazało się, chwilę przed naszym przybyciem przybyły jeszcze dwie wolontariuszki, które nie miały pojęcia jak dostać się do tężni i dzięki temu że przybyliśmy akurat w tym momencie mogły zabrać się z nami.

Mimo naszego ludzkiego nieuporządkowania i różnych emocji, Aniołowie ze swoją niebiańską doskonałością czuwali aby wszystko kręciło się jak w zegarku. Wystarczyło tylko pozwolić im się poprowadzić. Jak co roku nie zabrakło atrakcji takich jak loteria, czy kącik malucha [jak zawsze przeżywającego istne oblężenie ;)]. Ponadto na scenie co i rusz zmieniali się wykonawcy. I tak mieliśmy świetlicę z Wilna ze wzruszającym przedstawieniem, rodzinę [bardzo liczną] która zaśpiewała kilka utworów, pojawiła się młodzież z liceum im. Stanisława Kostki.  A już wspaniałym zwieńczeniem całego eventu był koncert zespołu Anielsi. Grupa młodych ludzi grająca bardzo dobrą muzykę chrześcijańską wzbudziła w nas wszystkich niesamowity nastrój. Przede wszystkim musze pochwalić wokalistki Paulinę i Jagodę za bardzo dobre zgranie się w śpiewie. Fajnie byłoby gdyby czasem pojawili się może na jakichś reko w Konstancinie ;).

Tymczasem festyn minął. Za pół roku nadejdzie festyn misyjny, a ja odjechałem z poczuciem, że tak wiele aniołów zgrało się w jednym miejscu i w jednym czasie  dając przy tym uczucie uniesienia i spełnienia czegoś dobrego.

wtorek, 13 września 2011

Nie takie głupie te rady

Znalazłem u kogoś na fejsie. I muszę przyznać, że w sumie nie takie głupie to to jest..
Nie wszystko zaraz takie prawdziwe, ale czasem warto spojrzeć i od tej strony...

A. Mam nadzieję, że jasnym jest fakt, że trzeba kliknąć by powiększyć...
Tak się tylko upewniam.

czwartek, 25 sierpnia 2011

La vie passe


A tak mi się zebrało na smuta na urodziny :) ;) :,)


Je vois défiler des visages
Je vois passer des regrets
Autant de rêves qui sont de passage
Que j'ai laissés en marge
Quand j'aurais dû rêver

J'ai vu disparaître des mirages
Qui ne reviendront jamais
J'ai vu encore tellement de voyages
Finir par faire naufrage
Alors qu'ils commençaient

La vie passe
Et je n'ai rien vu passé
La vie passe
Je ne fais que l'emprunter
Le temps passe
Je n'ai pas su l'arrêter
Et j'ai simplement oublier d'aimer

J'ai résisté à bien des languages
Que j'aurais du parler
Mais est-ce encorefaire preuve de courage
Que de marquer des pages
Sans être satisfait

La vie passe
Et je n'ai rien vu passé
La vie passe
Je ne fais que l'emprunter
Le temps passe
Je n'ai pas su l'arrêter
Et j'ai simplement oublier d'aimer

Je ne veux pas croire sans doute
Je ne veux pas croire
Que la route est fermée
Je veux entrevoir où aller
Me donner le droit
Qu'un homme peut se donner
De tout abandonner

La vie passe
Le temps presse
La vie passe
Et je n'ai rien vu passer
Tout s'éfface

La vie passe
Et je veux la voir passer
La vie passe
Je veux te voir l'emprunter
Le temps presse
Tu auras su l'arrêter
Le temps cesse
Mais j'aurais au moins aimé
La vie passe
Et elle pourra bien passer
La vie passe
Et je voudrais la passer avec toi

środa, 24 sierpnia 2011

O poznawaniu

Z góry uprzedzam tych, którzy mogą wziąć ten post... zbyt personalnie. Nie miałem na celu ujawniać ani odnosić się do jakichkolwiek prywatnych rozmów. Piszę pod wpływem tego co usłyszałem [jak zwykle z resztą], a co wydaje mi się również odpowiednie i z czym się bardzo zgadzam.

A co takiego usłyszałem? Będąc na Mszy w kościele [bez uprzedzeń ze strony tych nie-do-końca-wierzących], kazanie głosił młody diakon. Wyszło ono od tematu poznawania drugiej osoby. Pisząc tę notkę bazuje właśnie na tym, jednak dokładam parę rzeczy od siebie więc uprzedzam, że nie jest to dokładny cytat czy choćby streszczenie tego o czym była mowa. Uprzedzam, że ta notka nie należy do kategorii "religijne", która to ma swoje miejsce na tym blogu. Do rzeczy:

Spotykając jakąś osobę pierwszy raz zwykle nie możemy od razu stwierdzić czy chcemy ją poznać i zawrzeć bliższe więzy przyjaźni. Ok. Spotkany człowiek wywiera na nas jakieś tam pierwsze wrażenie, ale okazuje się ono najczęściej mylne lub niepełne. Zostawmy więc na boku te wszystkie niedospotkania, których nawet nie zapisujemy świadomie w naszej pamięci. Pochylmy się nad spotkaniami, które owocują poznawaniem człowieka.
Tu przechodzę do głównej myśli: jak poznajemy człowieka? Nie chodzi mi tutaj o skomplikowane reakcje w naszym mózgu, ani też społeczne uwarunkowania. Również nie chodzi mi o to w jaki sposób wybieramy ludzi, których chcemy poznać, a których nie. Chcę się pochylić nad tym, jak poznajmy człowieka, jeśli już zdecydujmy się go poznać, lub zostaniemy do tego po trochu zmuszeni [chociażby w szkole, pracy, nowej grupie]. Na co zwracamy uwagę lub nie i jak to wpływa na ewentualny obraz tej osoby w naszych oczach.

Nie znając drugiej osoby ludzie często kombinują, jak by tu się pokazać z jak najlepszej strony, co wychodzi im ze skrajnie różnym skutkiem, czego dowodem są wspomniane przed chwilą pozory. Oczywiście takie kombinacje są zrozumiałe, bo przed każdą nową osobą chcemy pokazać jej same zalety, aby nas polubiła, podziwiała i Bóg wie co jeszcze. Całkiem zrozumiałe, że przykrywamy swoje niepewności, niedociągnięcia, niewiedzę, a eksponujemy [często nieprawdziwie] cechy atrakcyjne.......
I niestety bardzo często poznanie drugiej osoby na tym się tylko kończy. Tworzy się w oczach poznającego pryzmat przypisany do konkretnej osoby i co by się później nie stało to przekrzywiony obraz osoby już zostanie. Czemu przekrzywiony? Bo nasze starania dotyczące poprawienia nas samych w oczach innych odnoszą czasem skutek przeciwny i niechcący zamiast wyjść na  na przykład towarzyskich, wychodzimy na męcząco-nudząco-gadatliwych. I to się zdarza nawet wtedy, gdy nie udajemy przy pierwszym spotkaniu. I tak nam się dostaje, bo chociażby milczący i obserwujący wychodzą na mruków, lecz tak naprawdę mogą to być bardzo wesołe osoby.
A więc pytanie: Gdzie coś szwankuje? Bo w ten sposób wszyscy się do siebie zniechęcimy i przybierzemy strukturę porfirową niczym pewien rodzaj skał [dla niewtajemniczonych: struktura porfirowa skały to struktura polegająca na tym, że w jednolitym cieście skalnym zatopione i oddzielone od siebie są prakryształy minerałów - tu chodziło mi o bardziej finezyjne określenie separacji jednostki :)]. A czy już czegoś takiego nie obserwujemy? Jednostek ludzkich w niewidzialnych bańkach? Lecz nie oddalając się. Gdzie coś się psuje? No dobra, można próbować zmienić innych i mówić na pierwszym spotkaniu: "Cześć jestem Kamil, i mam prośbę. Zanim się przedstawisz weź odrzuć wszystko, co sobie wymyśliłeś na temat własnej osoby i pokaż mi swe prawdziwe oblicze"
...
..
.
No tak, brzmi głupio.
Czy nie zręczniej jest trochę przetuningować nasze patrzenie? Nie mówię tu żeby zaraz przy pierwszym spotkaniu kompletnie poznać drugiego człowieka - bo tak się nie da! Poznawanie to proces długotrwały, o czym niektórzy chyba zapominają i potem mamy, co mamy. W trakcie tego procesu należy podchodzić do drugiej osoby z prostotą. Uwaga, prostotą to znaczy poznawać cechy, które są w tej osobie dobre i wartościowe, a cechy negatywne dopisać zaraz obok tych fajnych i tak je zestawiwszy, dopiero można układać sobie zdanie o tej osobie. Patrzenie przeciwne, to znaczy wybieranie cech negatywnych, stawianie ich na pierwszym planie, eksponowanie ich, nawet jeśli to jakieś drobne rzeczy, których drugi człowiek chce się sam pozbyć, a potem dopisywanie jakichś tam cech pozytywnych to nie prostota, a PROSTACTWO. Przecież bardzo łatwa i wygodna jest ocena tylko po jednej rozmowie i stwierdzenie w stylu "o ten to ma wysokie mniemanie o sobie" i postrzeganie człowieka jako nadętego lub przewartościowanego. Ktoś powie, że to trudne, że tak to można tylko z przyjacielem, że nie ma czasu na takie głupoty... Bzdura! Poznawanie w ten sposób nie równa się przyjaźni. Przecież to tylko dostrzeżenie cech człowieka poza pozorami, które stara się stworzyć. Czasem niemożliwe, czasem długotrwałe, ale czasem przynoszące korzyści. To przecież tylko niezamykanie drugiej osoby w szufladzie i scementowanie poglądu bez jego weryfikacji - innymi słowy lenistwo w elementarnych i codziennych międzyludzkich kontaktach.

Przyjaźń... o to już mocniejsze słowo. Może się zacząć wtedy, kiedy znamy drugą osobę. Kiedy mamy choćby jako takie pojęcie o wadach i zaletach. Wtedy możemy świadomie zadecydować czy pozostajemy w strefie kontaktów koleżeńskich, czy może idziemy dalej w przyjaźń [która często wychodzi sama]. Oczywiście mając już rozpoznaną relację, znamy zalety drugiej osoby i to jest nasz punkt wyjścia - widzieć w człowieku jego dobro, ale nie zapominać o wadach. Je trzeba dopuszczać, starać się je współzrozumieć i pomóc je bardzo stopniowo przezywciężyć drugiej osobie, po to aby dzięki naszej mniejszej lub większej asyście ktoś stał się lepszy [uwaga asyście, a nie naciskowi - bo tu znowu wkrada się prostactwo]. O przyjaźń trzeba nieustannie dbać, pielęgnować ją, dostarczać jej spotkań i rozmów, niczym drewna do kominka, w którym płonie ogień. To o czym przed chwilą pisałem to jakby dobrej klasy węgiel, który mimo że czasem ogień wygasa, długo trzyma żar, daje ciepło i pozwala na szybkie ponowne rozniecenie płomienia.

Sposób może trudniejszy, ale czy nie staliśmy się zbyt rozleniwieni w tej dziedzinie, jak i w każdej innej? Czy pozostaje nam już tylko poznawanie się wyłącznie na podstawie profili na portalach społecznościowych [które notabene są bardziej przemyślanymi pierwszymi wrażeniami]. Mając zautomatyzowane na oko 60 procent życia, nie pozwólmy by automatyzm wdarł się tam gdzie najlepiej użyć zrozumienia

wtorek, 9 sierpnia 2011

Nocne niebo latem

Wakacyjne wyjazdy, biwaki, ogniska szczególnie nad morzem, w górach lub na Mazurach sprzyjają obserwowaniu nieba. Letnie niebo jest spokojne, powiedziałbym nawet leniwe... tak jak czas, w którym przyszło mu występować. W pogodną noc, późną porą [z powodu długich dni najlepszy czas zaczyna się dopiero około 23.00] patrząc na południe i zachód możemy zobaczyć taki obraz:
W oczy rzucają się trzy, może cztery jasne gwiazdy. Prawie na samym południu mniej więcej w połowie odległości od horyzontu do zenitu widzimy gwiazdę o imieniu Altair. Jest to najjaśniejsza gwiazda w konstelacji Orła [według Greków króla ptaków - ptaka Zeusa, który wydziobywał Prometeuszowi wątrobę... dzisiaj za niego robi to alkohol.] i jednocześnie 10 pod względem jasności na całym niebie. Gwiazdozbiór ten oprócz Altaira tworzy jeszcze kilka słabiej widocznych gwiazd, a wszystkie leżą na Drodze Mlecznej lub w bliskim jej sąsiedztwie.

Na prawo i nieco w górę przyciągnie nasz wzrok jasnoniebieska Wega - najjaśniejsza gwiazda w Lutni. Gwiazdozbiór ten symbolizuje lutnię, którą Hermes dał w ramach przeprosin swojemu bratu Apollinowi, a tworzą go właśnie Wega i cztery słabo widoczne  gwiazdy. Ciekawostką jest fakt że 12000 lat temu kierunek północny wyznaczała właśnie Wega lecz na skutek precesji osi ziemskiej [czyli zmian jej położenia] jak wiemy dziś już tak nie jest. Żeby zobaczyć Wegę znów w północnym biegunie nieba musimy poczekać do roku 14000. Wega ponadto jest piątą najjaśniejszą gwiazdą nieba.

W mitologii chińskiej siódmego lipca obchodzi się święto Tanabata - gdy zbliżają się do siebie dwie gwiazdy północnego nieba Wega i Altair, rozdzielone przez Ama-no-gawa (Drogę Mleczną). Wedle chińskiej legendy Tanabata to para kochanków: Orihime (Wega) i Hikoboshi (Altair), którzy mogą się spotkać tylko raz w roku. Dla Japończyków to dzień, w którym spełniają się marzenia.

Na lewo i jeszcze bardziej w górę od Wegi i Altaira jest jeszcze jedna jasna gwiazda [prawie nad naszymi głowami]. To Deneb - najjaśniejsza gwiazda w Łabędziu - kolejnym niebiańskim ptaku. Tym razem jest to wcielenie samego Zeusa próbującego uwieść Ledę. Deneb to gwiazda pełna zadziwiających niesamowitości. Jest jedną z najdalszych gwiazd widzianych gołym okiem - światło od niej biegnie do nas 3228 lat. Mimo że pod względem jasności jest dopiero na dwudziestym miejscu, to sytuacja uległaby drastycznej zmianie gdyby postawić ją na miejscu Syriusza - wtedy oświetlałaby Ziemię tak jak księżyc w pełni. Gdyby postawić ją na miejscu Słońca wypełniłaby przestrzeń do orbity ziemskiej. Jak łatwo sobie wyobrazić to dość duża gwiazda, jedna z największych obserwowalnych gołym okiem [średnica 220 razy większa od Słońca]

Deneb, Wega i Altair tworzą razem tak zwany Trójkąt Letni [mały]. Bo tak naprawdę łatwiej nam wypatrzeć jasny trójkąt niż łamańce gwiazdozbiorów, w których większość gwiazd jest dość słabo widoczna gołym okiem. Czasami do tej trójki dorzuca się jeszcze Arktura - najjaśniejszą gwiazdę Wolarza znajdującą się dalej na zachód od wcześniejszych trzech. Arktur leży w linii prostej z Denebem i Wegą i z Altairem tworzy Wielki Trójkąt Letni.

Patrząc na północ spotkamy jakże dobrze nam znane Wieki Wóz bardziej na zachód i Kasjopeję [podobną do litery W leżącej trochę na boku]:
Jasna gwiazda bliżej horyzontu to Kapella - pamiętamy, że zimą była ona nad naszymi głowami. Na prawo od Kasjopei leży formacja kilku jaśniejszych gwiazd ułożonych niemalże w linii prostej na dużym obszarze nieba.
Pierwsza to Mirfak z gwiazdozbioru Perseusza [w sierpniu z okolic tego gwiazdozbioru wypatrujmy roju meteorów - Perseidów, maksimum około 16ego], kolejne trzy tworzą Andromedę a ostatnia to już gwiazda z Pegaza. Tak zwana grupa Perseusza to kilka gwiazdozbiorów powiązanych wspólną historią:

Perseusz był źle widziany przez króla Polidektesa, który zamierzał ożenić się z jego matką. Polidektes, chcąc pozbyć się Perseusza, wysłał go po głowę Meduzy Gorgony. Z pomocą Ateny i Hermesa bohater zabił potwora, a głowę Meduzy darował Atenie, która ją nosi na swojej tarczy. Z ciała zabitej Gorgony wyskoczył skrzydlaty koń Pegaz. Źrebię Celeris jest młodszym bratem Pegaza. W drodze powrotnej Perseusz uratował od niechybnej śmierci Andromedę, swą późniejszą żonę. Andromeda była przykuta do skały w ofierze dla przebłagania potwora Wieloryba, który z rozkazu Posejdona pustoszył wybrzeża Etiopii w królestwie rodziców Andromedy - Cefeusza i Kasjopei.

Źrebię to niepozorny gwiazdozbiór na prawo od Pegaza. Pegaz to przedłużenie Andromedy [przecież na nim siedzi] w kształcie łatwo zauważalnego prostokąta. Cefeusz to pięciokąt słabszych, acz widocznych gwiazd powyżej Kasjopei prawie nad nami. Jak widać bardzo podobała się ta opowieść, ponieważ zajmuje najwięcej nieba spośród wszystkich mitologicznych odniesień.

czwartek, 21 lipca 2011

She doesn't want you anyway

Jak w temacie - krótko i do rzeczy. Według mnie facet powinien wiedzieć, kiedy sobie powiedzieć dość jeśli chodzi o tak zwane "startowanie do dziewczyny". Jeśli ona jasno i wyraźnie powiedziała, że nie zamierza rozwijać jakiejś znajomości, to na ogół znaczy to tyle, że rzeczywiście tak jest [nie słuchajcie bzdurnych stron uczących podrywu lub modnego ostatnio portalu na literę k. które to podpowiadają, że wbrew wszelkiemu rozsądkowi "nie" znaczy u kobiety "tak" ... no dobra CZASAMI znaczy, ale w kwestii dobierania partnera jasne i klarowne powiedzenie "nie" znaczy tak jak jest to ogólnie przyjęte].

Miewam to nieszczęście obserwować, gdy po takim komunikacie facet nie daję spobie spokoju i wszelkimi sposobami próbuje ściągnąć swą uwagę upatrzonej niewiasty... co skutkuje jeszcze większym pożalowaniem ze strony przeciwnej. Patrząc na to z perspektywy mam tylko jeden komentarz. Jesli już naprawdę chciałby jakoś jej zaimponować to na pewno ostatnią rzeczą, którą powinien zrobić jest sentymentalny imidż faceta-sieroty. Nic tu nie pomogą fajne ciuchy, elo-wyluzowanie. Tu musi być widoczna pewność siebie i danie ewentualnego oparcia. Rzewne wierszyki może dobre są dla nastolateczek, a nie dla w miarę już dorosłych ludzi. Jeśli ktoś się odanjduje w tym co tu napisane to wielki apel: "Porzuć tę drogę synu".

I na zakończenie Hey - [sic!] dla tych co nadal twierdzą, że "nie" to "tak".

środa, 13 lipca 2011

Dzieci dzisiaj

Dziś prezentuję obserwację prowadzoną od dłuższego czasu na przystankach, w poczekalniach, u lekarzy itd... Piszę o tym dziś, bo byłem u lekarza właśnie [alergologa] i w kolejce sporo dzieciaków z rodzicami. Dzieci w wieku... podstawówkowym, głównie chłopcy. Jedni niemiłosiernie zblazowani, posyłający spojrzenia pełne pożalowania i wyższości. Inni zapatrzeni w komórki i konsole do gier. Jeden chłopiec [dobrze odżywiony] z zadufanym z wyglądu tatusiem miał już wchodzić, ale na cały regulator krzyczy: "Zaraz! muszę level wbić!"... Na co ojciec wykazujący według mnie daleko posunięty brak konsekwencji mówi, że to ważne dla jego syna, bo rozwija jego poziom inteligencji... Przedłużył kolejkę o dwie minuty, podczas których zdążył pokłócić się z resztą rodziców wyrażających głębokie oburzenie. Miałem nieszczęście siedzieć obok bachora czytając książkę. Rzuciłem więc okiem cóż to za podnosząca IQ gra na konsoli. Okazała się strzelanką jakich wiele, a wiemy na czym one polegają. Tak więc myślę sobie, że rzeczywiście inteligencja płynie lorytem niczym Amazonka, nie ma co... a jej przejawy to oburzony ton dzieciaka, że ktoś śmie mu przerywać zabawę.

Inna sytuacja. Dzieci wyposażone od chwili gdy mają 6 lat w PS3/Xboxa, komórkę, iPoda i wiele innych gadżecików, że już nie wspomnę o komputerze i koncie na nk. A to czemu? Słyszałem tłumaczenie "bo tamta matka kupiła swojemu synowi na komunię, to ja kupiłam mojemu jak szedł do 1 klasy żeby nie był gorszy". No comment. Albo nie. Jednak comment. Zastanawia mnie co kieruje rodzicami, którzy podsuwają dzieciom zjadacze czasu w postaciach wyżej wymienionych. Co kieruje naprawdę? Bo każdy zaraz się zarzeka, że "chcę aby moje dziecko miało lepiej niż ja" albo "że trzeba uczyć obcowania z nowymi technologiami od małego". Ok... tu jeszcze bym się zgodził, ale i tak oswajałbym powoli i rozsądnie, wprowadzając pewne granice. Ja chcę drążyć dalej. Czy czasem nie jest tak, że rodzice dają swym pociechom wszystkie te rzeczy po to by sami mieli więcej czasu dla siebie, swojej kariery, swojego odpoczynku? To przecież łatwe. Ja dziecku daję fajny prezent, ono z niego korzysta, ja mam czas i spokojną głowę, bo wiem gdzie jest i co robi. Czy na pewno? Patrząc z boku na dzisiejszą dzieciarnię i będąc w miarę obiektywnym widzem [bo swoich dzieci nie mam] stwierdzam, że w znakomitej większości przypadków dzieci nowoczesne są mniej komunikatywne, mniej przystosowane do działań grupowych, mają mniejszą wyobraźnię. Niedawno zostałem zapytany przez chłopaka podstawówka/gimnazjum czy lubię czytać książki [akurat miałem pod ręką egzemplarz "Cienia wiatru" [btw. dziękuję Agnieszce za tę niesamowitą książkę]]. Ja oczywiście odpowiedziałem że bardzo lubię, na co młody zrobił wielkie oczy i powiedział, że to dla niego bardzo dziwne bo on nie lubi. Ja pytam więc co on lubi robić w wolnym czasie. Odpowiedź: "grać na kompie". Czujecie?

Żeby nie było. Nie jestem przeciwnikiem gier komputerowych, ani innych tego typu rozrywek. Sam z pewnością w swoim czasie mojemu ewentualnemu potomkowi też taką rozrywkę udostępnię. ALE. Nie może to być jedyny rodzaj aktywności w życiu dziecka. Gra jaka by nie była, nie sprawi, że dziecko będzie bardziej elokwentne, a między ludźmi będzie umiało jasno formułować swoje poglądy. Ha, żeby miało jakiekolwiek poglądy to jednak potrzebuje stanowczo wielu rzeczy, a strzelanina-zabijanina jest chyba na ostatnim miejscu.

Jeszcze inną sprawą jest zachowanie jakie dzieci wynoszą z domu. A raczej jego coraz większy brak. Jeżdżąc na zebrania do mojej siostry, która jest w liceum, spotkałem się z sytuacją, gdzie wychowawczyni skarżyła się na złe zachowanie dzieci w grupie jaką jest klasa [a jest to liceum z czołówki a nie zbieranina indywiduów]. Podkreślała, że każde z osobna to urocza postać, natomiast w grupie jest niezdrowa rywalizacja i napięcie. Głos nagle zabrała jedna z matek "Ale moja córka jest przecież naprawdę fajną osobą, ona w domu tak fajnie się zachowuje, ja jej ciągle to powtarzam że jest bardzo fajnym człowiekiem..." Reszta rodziców ochoczo przytaknęła. "No tak", myślę sobie, "to tutaj mamy problem. Jeśli ty mówisz młodej, że jest taka fajna i w ogóle hiper mega odjazd, a reszta pewnie robi to samo, to takie dziecko przychodzi do grupy, w której 90% członków jest tak fajnych, że ktoś inny, kto również myśli że jest fajny - jest wrogiem". Ale co ja tam się młody miałem odzywać. Może któreś z nich przypadkiem się natknie na ten wpis i sam zweryfikuje co robi. Wychowawczyni - naprawdę urocza osoba - mówiąc o zachowaniu poruszyła również fakt, że dzieci nie mówią swoim nauczycielom głupiego "dzień dobry", nie umieją formułować argumentów w dyskusjach, nie odnoszą się do nauczycieli z szacunkiem [jedna z uczennic na lekcji wyszła z sali mówiąc "chyba pani żartuje!"]. Gdzie dzieci mają się takich rzeczy uczyć? W domu. Od małego. Ale gdy rodzice wolą kupować im drogie zabawki i patrzeć żeby tylko nie zrobiło im się broń Boże przykro, a nie wpajać zasady zachowania i uczyć jak żyć, to nie dziwmy się, że wyrasta na naszych oczach pokolenie oświeconych chamów i prostaków... 

Nie wypowiadam się więcej bo ktoś mi zarzuci brak doświadczenia. Polecam natomiast przeczytać książkę "Bojowa pieśń tygrysicy" autorka: Amy Chua. Dowiemy się dlaczego chińskie matki wychowują zahartowane i mistrzowskie dzieci a amerykańskie miernotę z przerośniętym ego. Może to trochę zbytnia polaryzacja jak na polskie warunki, ale patrząc na dzisiejszą polską dziatwę, dochodzę do hipotezy, że od amerykańskiej dzieli ją jeszcze jedynie mniejsza ilość samochodów w domu i mniej kilogramów per capita.
Do usłyszenia.

wtorek, 5 lipca 2011

Pochwała głupkowatości

Łolaboga dawno już nie pisałem. To wszystko przez sesję i wszystko co z nią związane, czyli nauka, sen, sen, nauka, sen, sen, sen.... itd. Studenci wiedzą, już-nie-studenci też, jeszcze-nie-studenci jeszcze nie wiedzą co ich czeka. Be afraid.

Trochę myśli się nazbierało, lecz nie wiem kiedy i jak je uporządkuję, i czy ujrzą światło, jakie daje im wszechobecny internet. Zacznę od najświeższej myśli... choć tak naprawdę kisła ona od dłuższego czasu gdzieś pomiędzy moimi komórkami nerwowymi.
Mianowicie, tak jak w temacie... no dobra prawie jak w nim, bo nie mam wcale zamiaru głupkowatości pochwalać, jednakowoż ciągle mi się zdaje, że wszystko dookoła mnie uważa inaczej. Czasem mi się zdaje, że świat dookoła mnie czeka na kogoś, kto będzie z siebie robił idiotę. Oczywiście korzyść jest obopólna, bo ludzie na ogół szukający łatwej rozrywki dostają ją prawie podetkaną pod sam nos, a osoba głupkująca zwykle odczuwa niesamowitą satysfakcję z bycia w centrum zainteresowania. Z czego wynika nasza skłonność do gapienia się na idiotów i rykośmiechu z ich [najczęściej] marnej jakości prób zdobycia zainteresowania? Nie podpieram się żadnymi badaniami empirycznymi, ani statystykami. To co własnie piszę to moje własne myśli i obserwacje najbliższego otoczenia i próba włożenia tych obserwacji w jakiekolwiek tło psychologiczne [tak więc proszę darować sobie ataki w stylu "skąd wiesz?" czy też "na jakiej podstawie tak twierdzisz"].

Do rzeczy. Czemu śmieszą nas ludzie robiący z siebie głupków? I na razie pomijam kabarety zawodowe trudniące się pełnoetatową rozrywką - o nich później. O co mi chodzi... z pewnością wielu z nas [błąd empiryczny, który i tak zamierzam podtrzymać] zna choć jedną osobę, która w towarzystwie zawsze robi z siebie idiotę i która tak naprawdę nie wykazuje wybitnych zdolności w innych dziedzinach, albo może i wykazuje, ale i tak nikt o nich nie ma pojęcia. Tak więc przypuśćmy, że taka osoba chce być "szał-szok-szpan" tylko że nie ma ani szału, ani szoku a tym bardziej szpanu... zostaje jedna droga... wygłup. Najlepiej taki żeby był śmieszny i zjednał zainteresowanie otoczenia. Według mnie to dość niski sposób zaspokojenia potrzeby uznania i docenienia społecznego, ale cóż... coraz więcej takich osób niestety spotykam... Pytanie... dlaczego takie wygłupy bawią znakomitą większość społeczeństwa, przynajmniej ja tak to widzę. Albo to ja jestem sztywniakiem [w co szczerze wątpię] albo niektórym wystarczają do śmiechu naprawdę niskie pobudki. Z czego się zwykle śmiejemy... [chociażby patrząc na kategorie najbardziej popularnych dowcipów] z innych narodów... z seksu... z Żydów... z Jasia i Małgosi [z seksu].... z głupiego Jasia...
Sam muszę przyznać, że jak byłem młodszy i mniej wykształcony [nie twierdzę, że teraz jestem nie-wiadomo-kim, ale dobre szkoły robią jednak swoje] sam się od tych dowcipów zataczałem... teraz jednak słysząc po latach te prikolaski [jak to nazywają Litwini] nie śmieszą mnie wcale. Ba, nawet powiedziałbym, że wywołują lekkie zażenowanie... bo tak naprawdę z czego tu się śmiać. Głupich Jasiów na pęczki w obecnych szkołach podstawowych i gimnazjach. Awersja do Żydów ciągle i niezmienne obecna gdzie nie spojrzeć. Innych narodów nie lubimy jak dawniej... Czyżbyśmy się śmiali z tego w czym tak naprawdę nie jesteśmy dobrzy... ? [Celowo przemilczałem w głównym tekście tę ostatnią kwestię...] Hm, jeśli jest jak mi się wydaje... to... wychodzi na to, że wcale nie mamy się z czego śmiać... Żeby było jeszcze fajniej to cała masa dowcipów i skeczy polega na tym, że śmiejemy się z nieszczęścia innej osoby lub robienia z siebie głupka przez kogoś innego. A więc wyśmiewamy kogoś kto jest głupszy niż my sami w zakamarkach naszej świadomości... Teraz pytanie. Zawodowe kabarety wiedzą to wszystko i... podają to czego widz się spodziewa. Czyli coś przy czym sam wydaje się mądrzejszy i inteligentniejszy. Patrząc na coraz niższy poziom nawet tych oficjalnych kabaretów, że już nie mówię o dowcipach, nasuwa się wniosek, że niedługo trzeba będzie się śmiać z ludzi umysłowo chorych, bo tylko oni będą na tyle mniej rozwinięci od nas żebyśmy mieli się jeszcze z czego śmiać... Mnie to przeraża... żałośnie.

Wracając na codzienne podwórko. Z coraz większym smutkiem obserwuję, że ludzie którzy potrafią zrobić z siebie głupka trafiają do innych lepiej niż ja, zwykle poważny i zachowawczy nawet wobec bliższych znajomych. Coraz częściej zauważam, że deklasuje mnie to w różnych znajomościach. Niestety, albo stety nie mam zamiaru robić z siebie bawoła na pośmiewisko żeby tylko sobie kogoś zjednać. Lecz z każdym dniem jest mi coraz bardziej żal nas ludzi, bo nasze wymagania obniżają się i przesuwają z powrotem w drabinie ewolucji z pozycji "włącz myślenie" w kierunku pozycji "działaj jak zwierze", a te dowcipy to tylko jeden z wielu tego przejawów.

piątek, 6 maja 2011

Zakopane to odpowiednie miejsce... na wszystko... zawsze :)

Szczerze mówiąc nigdy nie miałem specjalnych planów na długi majowy weekend. Zwykle siedziałem w domu lub jechałem rowerkiem do babci i nic specjalnego nie działo się… no może poza trzeciomajowymi koncertami z orkiestrą. W tym roku miało być inaczej. Siostra Ala, którą znam z poprzednich dni skupienia w Konstancinie [patrz notka „Co stało się ostatnio”] lubi czasem nawiązać rozmowę przez fejsbuka. Tak więc pewnego marcowego dnia usłyszałem charakterystyczny dźwięk nowej wiadomości na czacie – wiadomości właśnie od s. Ali. Tak sobie rozmawialiśmy i od słowa do słowa zagadało się o beatyfikacji Jana Pawła II. Wyszło na to, że oboje nie jedziemy do Rzymu, ani nigdzie indziej, by specjalnie przeżyć ten wielki dzień… Potem rozmowa zeszła na tematy w stylu „fajnie byłoby się spotkać ekipą z dni skupienia… itp…” Właśnie w tym momencie w mojej głowie narodził się szalony pomysł. „To może wbijemy się ekipą do siostry do Zakopanego i wspólnie uczcimy ten dzień?” [siostra mieszka w Zakopanem – dla tych, co nie wiedzą] Trochę od czapy ten pomysł, bo ludzie mogą nie chcieć, dom być zajęty i w ogóle… Ale po chwili siostra pisze, że dom ma wolny i jest zgoda na ewentualne spotkanie… „No to super” – myślę, i kombinuję kto mógłby być chętny. Po ogłoszeniach na wspomnianym wyżej portalu [nie, nikt nie płaci mi za jego reklamę, choć może ktoś o tym w końcu pomyśli…?] i osobistych namowach uzbierała się całkiem spora grupa chętnych. Po drodze jednak okazało się, że nie wszyscy mogą jednak jechać… Tak czy inaczej spotkanie doszło do skutku - powstały Papieskie Dni Skupienia. I o nich dzisiaj.

Bilety kupiliśmy na dzień przed wyjazdem [swoją drogą chyba jedynym eleganckim osiągnięciem naszego rządu są zniżki studenckie 51% - dziękuję w imieniu wszystkich studentów]. Wyjeżdżaliśmy w piątek wieczorem [21.18] z dworca zachodniego. Oczywiście ja w piątek jeszcze niespakowany [wszystko przez moje studia, które wymagały ode mnie bycia w piątek na zajęciach i wygłaszania komentarza na ekonomii politycznej] musiałem się nieźle sprężyć wróciwszy z zajęć…, przez co zapomniałem kilku istotnych rzeczy [nie wnikajmy lepiej…]. Tak czy inaczej na dworcu ekipa z Tłuszcza [Ja, Paula, Marta i Magda] spotkała się z Marcinem i Piotrkiem [reprezentantami Otwocka i Konstancina]. Na dworcu dziki tłum ludzi czekających na pociąg. Jakoś tak wszystkim nagle zachciało się jechać akurat tym… No cóż… „To faceci zajmą się bagażami a dziewczyny ustawią się na strategicznych pozycjach i zajmą miejsca…" Taaaaaaak. Dziewczyny rzeczywiście przyjęły szyk rozstrzelony, ale… nic to nie dało, bo i jedne, i drugie drzwi były daleko od ich pozycji… Pierwsza wbiegła Marta i jak lew wywalczyła miejsce na nasze bagaże [na nasze siedzenia jednak już niestety nie…] No cóż… zadowoliliśmy się w ciągu dwunastogodzinnej podróży kawałkiem torby i dostawką. Jeden pan siedzący w przedziale trzymał miejsce dla swojej dziewczyny, która nie mogła przebić się do niego z drugiego końca pociągu… w pewnym momencie zrezygnował i zwolnił je. Oczywiście w tym samym momencie kazaliśmy usiąść Marcie, która to potem zmieniała się z innymi dziewczynami. Sytuacja poprawiła się za Krakowem, kiedy to część ludzi wyszła. Zaowocowało to poluźnieniem się korytarza i jednym miejscem w kolejnym przedziale. Na kolejnych przystankach miejsca przybywało, więc na dwie godziny przed przyjazdem każdemu udało się w miarę zdrzemnąć.

W końcu nadszedł upragniony moment i przybyliśmy. Wygramoliliśmy się lekko zaspani z naszymi bagażami i ruszyliśmy. Ledwie opuściliśmy perony pojawiło się zasadnicze pytanie… „To w którą stronę teraz?”…. eee… no właśnie. Jedyną osobą, uczestniczącą w rekolekcjach w Zakopanem był Piotrek… On natomiast też nie za bardzo się orientował… Nasze niezdecydowanie natychmiast zostało zauważone przez zawsze chętnych do pomocy [i do zarobku] panów taksówkarzy. „Gdzie trzeba?” pyta jeden z nich. A my: „…”. Wykonaliśmy baaardzo szybki telefon [każdemu padały już komórki] do Natalii, aby uzyskać nr do siostry [jakoś nikomu nie wpadło do głowy zapisać go z FB]. A zaraz po nim szybki telefon do siostry Ali. Uzyskaliśmy adres i mniej więcej trasę dojścia. Nie chcąc przetrzymywać pana taksówkarza załadowawszy bagaże i poleciwszy Marcie jechać z nimi do siostry, poszliśmy resztą przez poranne Zakopane. Doszliśmy do Krupówek. W tym momencie Piotrek nie był pewny jak dalej iść…, ale zobaczywszy bankomat i otwarty sklep zdecydowaliśmy się iść właśnie tam. Po chwili jednak jeszcze raz zadzwoniliśmy do siostry, aby upewnić się czy idziemy dobrze… Okazało się, że jednak powinniśmy zawrócić :). Gdy już odszukaliśmy drogę po nieśpiesznym spacerze znaleźliśmy się na ulicy Strążyskiej. Od niej skręciliśmy w pewnym momencie w lewo i pnąc się delikatnie pod górę ujrzeliśmy urodziwą halę skąpaną w pierwiosnkach i pszylaszczkach. Przed nami widniał w całej porannej krasie masyw Giewontu, a na prawo drewniana górska chatka. Piotrek już krzyczał, że właśnie tam zdążamy.

Przy wejściu przywitała nas siostra Ala, Marta i Asia. Jak tylko zdążyłem wymienić pierwsze uściski w drzwiach niespodzianie pojawiała się siostra Aneta [z Tłuszcza] :), która to przyjechała nocnym autobusem. Szybko wpakowaliśmy się do pokojów...[już wtedy pomyślałem „ja cieee ile tu schodów”]. Zaraz po tym każde z nas wykonało błyskawiczną toaletę i już po chwili siedzieliśmy wspólnie przy śniadaniu [w międzyczasie poznając Tereskę, Karolinę i Arka]. Przy posiłku zapoznaliśmy się z planem dnia oraz przede wszystkim pokrzepiliśmy się po nocnej podróży. Po śniadaniu nastąpiło spotkanie, podczas którego zapoznaliśmy się nawzajem i weszliśmy w klimat beatyfikacji słuchając słów Jana Pawła z placu zwycięstwa z pamiętnym zdaniem „Niech zstąpi Duch Twój. Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi… tej ziemi”. Dodatkowym elementem spotkania było wylosowanie dwóch fragmentów wypowiedzi papieża i ich rozważenie. Po tej sesji udaliśmy się na spacer w góry… no dobra bardziej w doliny niż same góry… tak czy inaczej wyszliśmy na szlak, który zaczynał się zaraz za wyjściem z domu. Mieliśmy iść w milczeniu coby mieć lepsze szanse na kontemplację i zachwycanie się.

Najsampierw [:)] udaliśmy się Doliną Ku Dziurze do Jaskini Dziura… obok szlaku przepływał potok i od razu w głowie pojawił się fragment „żeby źródło odnaleźć trzeba iść ciągle w górę strumienia”. Tak jak na ludzkiej drodze, na szlaku były miejsca gdzie łatwo było pośliznąć się i upaść, choć miejsca te z pozoru nie wydawały się wcale trudne. Raz trzeba było wejść pod górkę by zaraz potem odpocząć przy schodzeniu. Dookoła jak okiem sięgnąć górski las budził się do życia. Gdzieniegdzie zalegały jeszcze jesienne liście, które leżały ukryte pod śniegiem, lecz głównie dominowały świeża zieleń drzew oraz żółcie i fiolety kwiatów. Szlak w pewnej chwili skręcał w lewo i przecinał potok pnąc się ostrzej wzwyż. Na górze był mały taras z wejściem do jaskini. Ciemne, małe i jednocześnie fascynujące. Po wejściu ukazała się przyciemniona przestrzeń, do której światło wpadało przez szczelinę w stropie. W cieniu obok snopa światła leżał jeszcze zimowy śnieg [co dawało możliwość porzucania się śnieżkami w maju :)] … Tunel jaskini prowadził dalej i w dół ku ciemności. Nikt z nas jakoś specjalnie nie kwapił się by zbadać gdzie wiedzie. Wyszliśmy z jaskini i zeszliśmy z powrotem tak jak przyszliśmy. A co ze strumieniem i jego źródłem? No cóż. Widocznie w czasie naszej ziemskiej wędrówki niedane jest nam tutaj odnaleźć i zanurzyć się w źródle, którym jest sam Wszechmogący. Możemy wędrować wzdłuż strumienia, trzymając się jego dobrych dzieł, możemy zstępować w jaskinie, odchodzić od szlaku w celu poszukiwania rzeczy przyziemnych, lecz szmer strumienia niesie się za nami gdziekolwiek byśmy poszli. I gdybyśmy się nagle zgubili możemy wciąż odnaleźć drogę przy strumieniu, bo choć cichy to jednak ciągle obecny, ciągle szepczący i przywołujący. Zeszliśmy do miejsca, z którego ruszyliśmy i tym razem powędrowaliśmy Drogą pod Reglami na zachód ku Dolinie za Bramką. Tutaj mogliśmy się do woli zachwycać górską naturą w stanie wczesnowiosennym.

Po powrocie ze szlaku nastąpił szybki prysznic i obiad, po którym to udaliśmy się na adorację w godzinie Miłosierdzia Bożego [15.00]. Kolejnym punktem dnia była refleksja i praca w parach na temat „kim był dla mnie osobiście Jan Paweł II”. No właśnie. Tak wszyscy zachwycają się wielkością papieża, dobrocią i w ogóle…, ale, za kogo uważam go tak naprawdę ja sam, co zmienił w moim własnym życiu, czym będzie dla mnie jego świętość. Ku tym pytaniom właśnie miała nas skłonić ta praca. Owocem współdziałania nas wszystkich było natomiast orędzie, które JPII zostawił w nas samych: nie lękajcie i nie wstydźcie się budując na skale cywilizację miłości z Chrystusem. Wieczorem odprawiliśmy nabożeństwo zwane Drogą Światła – było to osiem spotkań Jezusa z uczniami po Jego zmartwychwstaniu. W atmosferze modlitwy i z zapalonymi świecami przeszliśmy w gasnącej poświacie zachodzącego słońca dookoła domu. Mimo że wieczór był jeszcze młody, to jednak po kolacji prawie zaraz udaliśmy się do łóżek, bo trud podróży jeszcze nieodespany dawał o sobie znać przez cały dzień.

Następnego dnia wstaliśmy wcześnie, aby pójść na Krzeptówki do Parku Fatimskiego, gdzie ustawiony był telebim, na którym transmitowana była Msza beatyfikacyjna. Od samego rana zanosiło się na deszcz. W drodze pojedyncze krople zwiastowały ulewę… która przyszła jak tylko zaczęła się liturgia. W gąszczu parasolek i kanonadzie złośliwych przytyków niektórych ludzi co do użytkowników parasolek udało się jednak wczuć w doniosłość beatyfikacji oraz moment, w którym papież Benedykt XVI ogłosił Jana Pawła II błogosławionym. Na ten moment deszcz zelżał, prawie ustał i leciutka tylko mżawka trwała do końca procesji z relikwiarzem. Na czas czytań niebo przypomniało sobie o strugach wody i lunęło dwa razy bardziej. Pierwsze czytanie odczytane zostało po polsku drugie po angielsku [w którym św. Piotr mówił, że musimy znieść chwilowe trudności i niedogodności, co w naszej wilgotnej sytuacji zdawało się pokrzepiające]. Zostaliśmy jednak jedynie do końca Ewangelii, jako że deszcz nasilał się, a potem okazało się, że wbrew zapowiedziom Eucharystia nie będzie udzielana w sanktuarium obok równolegle z Watykanem. Mokrzy, zmarznięci, trzęsący się z zimna wręcz opuściliśmy teren Parku Fatimskiego. Cudownym zbiegiem okoliczności natknęliśmy się na pustą taksówkę, do której weszły same dziewczyny oraz Arek [bo szkoda było marnować jedno miejsce] natomiast ja Piotrek i Marcin, poszliśmy pieszo nie natykając się na żadną taksówkę jadącą w naszą stronę. Po drodze zaszliśmy do sklepu i kupiliśmy lody coby zrobić naszym miłym koleżankom wieczorną niespodziankę xD. Załapaliśmy się na końcówkę transmisji. Po niej zjedliśmy jak zwykle wyśmienity obiad dzieła siostry Ali [nie omieszkam nie dodać, że trochę wymusiłem deser – no bo beatyfikacja i w ogóle… no i oczywiście potem go z s. Alą robiłem ;)]. Po obiedzie zgromadziliśmy się znowu na adoracji, po której to udaliśmy się na pełną Eucharystię [dziękczynną] do kościoła na Krupówkach.
Po Mszy nadszedł czas na świętowanie, czyli grill, śpiewy, jedzenie, śmiechy i tańce. Co tańczyliśmy? Menueta i Belgijkę… choć z początku trudno było niektórych namówić do tanecznych harców, po chwili wszyscy bawili się przednie. Do tego stopnia, że zaczęło nam lekko brakować miejsca… nic jednak straconego, bo wyszliśmy na ulicę przed domem i zaczęliśmy tańczyć jeszcze żarliwiej. A było już zdrowo po 22.00 – dobrze, że do najbliższego sąsiada mieliśmy jakieś 500 metrów :). Po naszych szaleństwach przyszedł czas na podsumowanie całości i napisanie każdemu czegoś miłego. W międzyczasie przygotowałem z Piotrkiem niespodziankę, czyli kupione wcześniej lody. Siedzieliśmy do godziny 3.00 a w poniedziałek śniadanie nastąpiło o… 10.00. :). Udało nam się jeszcze wyjść na Szlak do wodospadu Siklawicy a niektórym [którzy wyjeżdżali później] do Sarniej Skały. Spakowawszy się niektórzy jeszcze poszli na Krupówki, Piotrek pojechał taksówką z bagażami do stacji PKP, a ja Marta i Magda poszliśmy pieszo przed wyjściem żegnając się ze wszystkimi. Każdy wyjazd musi się skończyć, po to aby móc jechać na następny, a także po to by mogły rozwinąć się jego owoce.

Dziękuję wszystkim, którzy byli: Siostrze Ali, Pauli, Marcie, Madzi, Asi, Karolinie, Teresce, Piotrkowi, Marcinowi-Borysowi i Arkowi [a także przewijającym się innym gościom w domu]. To był wspaniały czas. :)
PS. W drodze powrotnej siedzieliśmy w wagonie pierwszej klasy, który był przemianowany na drugą – czyli rzeczywiście trzeba czasem znieść małe niedogodności, po to by cieszyć się wygodą później [iksde] ;).

środa, 20 kwietnia 2011

Nocne niebo wczesną wiosną

Po dłuuugiej przerwie powracam z neutralnym na początek tematem. Cięższe sprawy na razie odstawiam na bok. Lecz i z czasem do takich powrócę.

Pamiętacie notkę o zimowym niebie? No więc dziś napiszę o niebie wczesnowiosennym. Skąd mi się to wzięło? No więc siedzę i uczę się makroekonomii gospodarki otwartej.. jutro kolokwium... nie mogę się skupić bo po głowie wciąż obijają się myśli z ostatnich dni... [kiedy indziej może o tym]. I po prostu cały chodzę... Co tu robić... Mówię: "Pobiegam [bo nie wiem czy wiecie, mam postanowienie wzięcia się za siebie i zacząłem sobie biegć] i się wybuzuję. No i pobiegałem.. ale jak tak biegałem sobie przed chwilą to już dość ciemno było i znów mogłem dzięki wiosennej pogodzie ujrzeć gwiazdy. Dziś będzie właśnie o nich.

Jest godzina 21:00 [dopiero teraz można zobaczyć jakiekolwiek gwiazdy]. Od naszego ostatniego wspólnego spojrzenia sporo się zadziało. Nocne niebo jest chyba najdobitniejszym przykładem na ciągle toczący się cykl zmian. Widać gołym okiem koło natury wyznaczające upływ dni. Spójrzmy najpierw na południe. Trochę się tu zmieniło. [otwórz w nowej karcie aby uzyskać lepszą jakość] 
Nie zobaczymy już sylwetki myśliwego Oriona... Na wysokości lekko zadartej głowy możemy zobaczyć inny gwiazdozbiór, który da się całkiem łatwo rozpoznać. To zodiakalny Lew. Przez starożytnych uznawany za królewski gwiazdozbiór zwiastujący pomyślność i władzę [no cóż musimy wybaczyć starożytnym ich przywiązanie do astrologii - do pewnego bowiem czasu nie mieli innych dobrych źródeł przewidywania różnych zdarzeń więc opierali się na tym co widzieli]. Na pewno zobaczymy jasną gwiazdę Regulus i od niej już łatwo będzie nam znaleźć pozostałe. Kierując nasz wzrok na wschód zobaczymy trzy dość jasna punkty. Niebieskawą Sipcę Pomarańczowego Arktura i Saturna świecącego na żółto, który to jest planetą. Spica to bardzo duża gwiazda o ogromnej temperaturze... natomiast Arktur ma stosunkowo małą temperaturę... ogólnie zależność jest taka, że im gorętsza i rozpalona gwiazda tym bardziej jest niebieska. Btw, zauważyliście wśród naszych nowych gwiazd kolejną postać z Harrego Pottera? R.A.B.... Regulus Arkturus Black. :)

Ale, ale co się stało z naszym myśliwym Orionem i jego wiernym psem Syriuszem? Aby ich zobaczyć musimy skierować swój wzrok na zachód:


W zapylonej atmosferze ciężko już będzie nam rozpoznać kształt Oriona, który przez zjawiska optyczne będzie nieco wygięty i koślawy, a jego pas nie będzie już prostą linią [nie będzie nawet już prawie widoczny]... Nie mniej naszym punktem odniesienia może być Syriusz - najjaśniejsza gwiazda na niebie. Zachodzący już prawie podpowie nam gdzie szukać. Pewnym punktem orientacyjnym mogą być też dwa czerwone punkty, które w różowej poświacie niknącego Słońca wydają się błyszczeć wyraźniejszą czerwienią. To nie kto inny jak Betelgeuse i Aldebaran. Pamiętając, że Betelgeuse to część Oriona będziemy mogli zorientować się w jakiej części nieba znajduje się teraz ten charakterystyczny gwiazdozbiór. Niestety za godzinę czyli o 22.00 nie będzie go już widać - schowa się za horyzontem by powrócić do nas w grudniu.
Obok całego zimowego układu, który już zachodzi możemy zauważyć kierując wzrok w prawo dość wyraźnie zarysowany kształt - dwie ukośne linie gwiazd. To mitologiczny Perseusz. Warto wspomnieć że z tego gwiazdozbioru "wydobywają się" w okresie 17 lipca - 24 sierpnia spadające gwiazdy czyli meteory. Zaraz obok Perseusza widać charakterystyczny kształt w kształcie litery "W" czyli Kasjopeję.

Na północy jak zwykle bez większych zmian. Na zadartej głowie możemy zaobserwować Gwiazdę Polarną czyli Polaris. Zadzierając głowę jeszcze wyżej...[i wychodząc poza rysunek] możemy dostrzec odwrócony Wielki Wóz - chyba każdy z nas umie rozpoznać. Warto popatrzeć również nieco na prawo i w dół. Znajdziemy tam jasną gwiazdę o imieniu Wega, która wraz z czterema mniej jasnymi gwiazdami tworzy gwiazdozbiór Lutni. Wschód nieba nie kryje większych niespodzianek [ponieważ w opisach powyżej z każdej strony o niego zahaczyłem], oprócz jednej.. ^^. Można dostrzec między Arkturem a Wego rogalik siedmiu gwiazd. To Korona Północna - laurowy wieniec cezarów. Wschód przyniesie nam już niebawem [jeśli poczekamy do drugiej w nocy] dwa gwiazdozbiory ściśle związane z Orionem. Skorpiona i Wężownika. Gdy zajdzie już ostatnia gwiazda Oriona w pościg za nim wyruszy zesłany przez zazdrosną Artemidę Skorpion, który miał uśmiercić myśliwego lepszego od niej samej [ach Ci bogowie]. Lecz zaraz za skorpionem biegnie Wężownik [który to symbolizował Asklepiosa - boga uzdrowiciela] mający uratować Oriona przed jadem skorpiona. Ci Grecy to jednak mieli fantazję żeby takie historie tworzyć ^^.

Koło jeszcze nie zamknięte. Oczekujcie kolejnych notek o niebie :). Natomiast możecie być pewni, że tak jak w życiu, pewni aktorzy odejdą ku zachodowi inni natomiast pojawią się i zajmą ich miejsce.

wtorek, 22 marca 2011

Drogi jesteś w moich oczach, nabrałeś wartości i Ja Cię miłuję

Uwaga. Ta notka oprócz tego, że jest długa, naszpikowana jest wiarą katolicką i różnymi rzeczami związanymi z emocjami i uczuciami... jeśli masz coś przeciwko to nie czytaj... albo przeczytaj, może da Ci to coś dobrego.

Dobre podsumowanie rodzi się po jakimś czasie. To jest chyba ten czas, aby napisać o rekolekcjach wielkopostnych u Aniołów w Tłuszczu.

Tydzień, który je poprzedzał był dla mnie... przytłaczający. Czym? Głównie ekonomią. A dokładniej referatem z ekonomii politycznej [oczywiście nie zapominajmy o controllingu czy finansach II, które też mocno leżały mi na sercu]. Tydzień mijał i mijał, i jeszcze trochę pomijał, aż w końcu przyszedł piątek... No właśnie - czas zepsutego pociągu i niezdążenia na statystykę, czas referatu z ekonpolu, czas nauki Agi gry na gitarze, czas mikro II.... o Boże... No i w końcu - upragniony powrót i rekolekcje.

Wycieńczony, zmordowany, sfrustrowany i co najważniejsze - głodny [ale to nie nowość] przyszedłem prosto z pociągu, po drodze zabierając moją rodzoną siostrę. Gdy weszliśmy, od razu powitało nas gwarne zbiegowisko ludzi, każdy śmiał się, witał, coś jadł, coś pił.... ledwo wszedłem, powitany zostałem przez siostrę Mirkę, Madzię i Kasię a zaraz przez siostrę Asię i całą resztę. Od razu polecono mi coś przegryźć przepić i zaraz rozpoczęliśmy spotkanie. Najpierw jak to bywa zwykle – poznanie się nawzajem i powiedzenie paru słów o sobie. Potem na wprowadzenie nas wszystkich w nastrój skupienia i wyciszenia siostry puściły „Do kołyski” Dżemu… bardzo lubiłem tę piosenkę swojego czasu, lecz dawno już nie miałem okazji aby jej posłuchać, więc przyjąłem ją jako bardzo miłe intro do całego spotkania. W tym duchu siostry przedstawiły ramowy plan naszego spotkania i po nim udaliśmy się na Drogę Krzyżową do kaplicy. Jednak bez rzeczywistej drogi. To miała być droga każdego z nas przebyta w swoim sercu. Łagodne dźwięki gitary wydobywane przez siostrę Mirkę i uderzające rozważania podawane nam przez siostrę Joannę, pomogły na nowo odkrywać siebie, szukać w sobie rzeczy niedoskonałych, wymagających poprawienia, w Bogu i z Jego pomocą. Po tej modlitwie okazało się, że dochodzi już w pół do północy i czas iść spać. Choć tak naprawdę nikt tego nie chciał powoli ludzie zaczęli niknąć by ogarnąć się przed snem. Lecz my Tłuszczanie nie nocowaliśmy z tymi, którzy przyjechali. Mając domy niedaleko miejsca spotkań mogliśmy pozwolić sobie na nocowanie u siebie.

Dzień się skończył a ja czułem wyczekiwanie na to, co przyniosą dni kolejne. Niestety nie mogłem być od samego rana w sobotę. Przeprowadziwszy tylko te lekcje, które naprawdę musiałem [bo jak może nie wiecie udzielam korepetycji] pośpieszyłem zaraz po nich na spotkanie. Ominął mnie jeden punkt programu – mianowicie Moje Westerplatte, dlatego nie mogę napisać nic o tej części. Zdążyłem jednak na drugi punkt – Podręcznik przemiany. Były to opowieści o trzech Spotkaniach ludzi z Jezusem. O trzech Spojrzeniach Jezusa na człowieka. Pierwsze spotkanie odbyło się na uczcie jaką wydał jeden z faryzeuszów dla Jezusa. Przytoczmy Pismo:
Jeden z faryzeuszów zaprosił Go do siebie na posiłek. Wszedł więc do domu faryzeusza i zajął miejsce za stołem. A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku, i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem. Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: "Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą". Na to Jezus rzekł do niego: "Szymonie, mam ci coś powiedzieć". On rzekł: "Powiedz, Nauczycielu!". "Pewien wierzyciel miał dwóch dłużników. Jeden winien mu był pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt. Gdy nie mieli z czego oddać, darował obydwom. Który więc z nich będzie go bardziej miłował?". Szymon odpowiedział: "Sądzę, że ten, któremu więcej darował". On mu rzekł: "Słusznie osądziłeś". Potem zwrócił się do kobiety i rzekł Szymonowi: "Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i swymi włosami je otarła. Nie dałeś Mi pocałunku; a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich. Głowy nie namaściłeś Mi oliwą; ona zaś olejkiem namaściła moje nogi. Dlatego powiadam ci: Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje". Do niej zaś rzekł: "Twoje grzechy są odpuszczone". Na to współbiesiadnicy zaczęli mówić sami do siebie: "Któż On jest, że nawet grzechy odpuszcza?". On zaś rzekł do kobiety: "Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!".
Co mnie uderzyło w tej kobiecie i co potem wspomniała s. Mirka, to jej niezwykła determinacja. Była niechciana i zapewne nie dostała się na to przyjęcie bo miała zaproszenie. Ona przyszła tam trochę nielegalnie i jak już weszła to parła naprzód aż przybliżyła się do Jezusa. I nie zwracała uwagi czy pobożni Żydzi się unoszą i bulgoczą w przekleństwach… Jezus natomiast zwraca się do niej i pokazuje ją jako przykład dla wielkiego, szanowanego pana faryzeusza. Szymon na pewno był ciekawy tego sławnego Jezusa… po co by wydawał ucztę dla Niego gdyby tak nie było? Jednak poprzestał na ciekawości. Kobieta natomiast poszła o krok dalej. Chciała poznać Jezusa bo wierzyła. Tylko miłość przemienia. Kobietę przemieniła miłość Jezusa i umiłowanie Jego przez nią. Szymon nie umiłował. Pozostał z boku z pouczeniem Jezusa. Z pewnością zawiedziony, bo nie tego się spodziewał…

Drugie spotkanie zatytułowane „Wyjdź przed drzwi twojego domu i otwórz skarb” to opowieść o Zacheuszu:
Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy widząc to szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło.
Zacheusz również był ciekaw tego Jezusa, o którym było wszędzie tak głośno . Był tak ciekawy, że mimo swojej pozycji urzędniczej wlazł po prostu na drzewo i czekał… Wyobraźcie sobie że nagle waszemu burmistrzowi w środku parady odwala i wspina się na drzewo bo nie widzi kogoś… nietypowe zachowanie, nie? No więc Jezus zapewne też nieco się uśmiechnął, ale widząc jak bardzo człowiek na drzewie oczekiwał by tylko Go zobaczyć, postanowił nagrodzić wysiłki i zaangażowanie więc niejako wprosił się w gościnę do Zacheusza. To Spojrzenie i to Spotkanie tak uderzyło w celnika, że jego życie potrzebowało natychmiastowej zmiany. Podzielił się swym majątkiem, oddał skrzywdzonym to co złupił. Podzielił się niejako sobą… a to wszystko przez co? Że wyszedł z domu i chciał spotkać się z Jezusem. Niesamowity koleś.

Ostatnie spotkanie jakie poruszyła siostra przebiegało w dość drastycznych warunkach…:
Schwycili Go więc, poprowadzili i zawiedli do domu najwyższego kapłana. A Piotr szedł z daleka. Gdy rozniecili ogień na środku dziedzińca i zasiedli wkoło, Piotr usiadł także między nimi. A jakaś służąca, zobaczywszy go siedzącego przy ogniu, przyjrzała mu się uważnie i rzekła: I ten był razem z Nim. Lecz on zaprzeczył temu, mówiąc: Nie znam Go, kobieto. Po chwili zobaczył go ktoś inny i rzekł: I ty jesteś jednym z nich. Piotr odrzekł: Człowieku, nie jestem. Po upływie prawie godziny jeszcze ktoś inny począł zawzięcie twierdzić: Na pewno i ten był razem z Nim; jest przecież Galilejczykiem. Piotr zaś rzekł: Człowieku, nie wiem, co mówisz. I w tej chwili, gdy on jeszcze mówił, kogut zapiał. A Pan obrócił się i spojrzał na Piotra. Wspomniał Piotr na słowo Pana, jak mu powiedział: Dziś, zanim kogut zapieje, trzy razy się Mnie wyprzesz. Wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał.
Należy opłakiwać brak miłości brzmiał tytuł… No i rzeczywiście Piotrowi trzeba było przyznać, że nieźle wszystkich wystawił … Uczniowie poukrywali się tak, żeby i ich nie złapano, a ten na legalu sobie podszedł do ogniska na dziedzińcu domu najwyższego kapłana, gdzie powiedli Jezusa i pogrzał się przy ognisku… Nieźle się ustawił, nie? Nagle pojawia się jakaś służąca, która i tak nic by mu nie zaszkodziła i oskarża Go o to że był z Jezusem. Piotr natomiast mówi że Jezusa nie zna – wypiera się Go, bo przecież lepiej grzać sobie ręce… Potem ktoś mówi, że przecież był Jego uczniem. I tu Piotr wypiera się apostołów... Na końcu wypiera się samego siebie twierdząc że nie jest Galilejczykiem… I nagle pieje kur. Tak jak zapowiedział Mistrz… I Piotr zapłakał… Bo przecież właśnie sobie uświadomił jak niewielką miłością darzył to wszystko, że tak łatwo się zaparł. Na dodatek jeszcze zobaczył wyprowadzanego Jezusa, pochwycił Jego Spojrzenie… i zrobiło mu się jeszcze gorzej. Łaził z Nim i całą resztą przez pół Palestyny i teraz się okazało że tak łatwo porzucił wszystkich którzy go miłowali… Ha! A co musiał pomyśleć gdy usłyszał że Jezusa nie ma w grobie… „No to teraz mi się dostanie…” zrozumiał że Jezus zmartwychwstał i pierwsze co, to pewnie przyjdzie ukarać zdrajców… Ale Jezus daje mu szansę na to aby się zrehabilitować i jeszcze za to daje mu w opiekę cały Kościół. Za co? – ktoś zapyta… za miłość, która dojrzała.

Wszystkie te osoby doświadczyły niesamowitej przemiany. A to wszystko dzięki temu że w oczach Jezusa każdy jest drogi. On na każdego patrzy z miłością, z czułością... czasem z bólem, że ranimy go naszym brakiem miłości, czasem z wyczekiwaniem... ale przez to właśnie Spojrzenie każdy z nas może nabrać wartości. Każdy z nas może pod wpływem tego Spojrzenia wydobyć z siebie skarb ukryty w nas samych. Jedyne co musimy zrobić to najpierw odnaleźć to Spojrzenie [inne dla każdego z nas] i potem pozwolić mu działać... Własnie, ostatnie zdanie z Podręcznika Przemiany to cytat z księgi Jeremiasza - Jr 18, 1-12, i morał: „Pozwól że Ja Cię ukształtuję”. Dajmy szansę sobie i Jemu aby na nas Spojrzał z miłością i tym spojrzeniem i tą miłością nas przemienił… Tak jak glina w rękach garncarza może przybrać różny kształt i mieć różne przeznaczenie tak i my gdy poddamy się działaniu Boga otrzymamy właściwy dla nas kształt. Skąd pewność że garncarz niczego nie zepsuje? No cóż… nie jeden garnek już ulepił i raczej ma doświadczenie w te klocki. Gdy siostra poruszyła ten temat, zastanowiłem się jakim naczyniem mógłbym być… I chyba mam. Garncarz wziął standardową piędź gliny i zaczął tworzyć na kole garncarskim kształt. Okazało się że akurat ta porcja jest szczególnie plastyczna i kowalna, więc można z niej zrobić bardzo duże i pojemne naczynie… W miarę jak naczynie się powiększało trzeba było dokładać więcej gliny, aby konstrukcja nie okazała się zbyt cienka. W pewnym momencie garncarz nie mógł już dokładać nic więcej od siebie, bo by mu nie starczyło na więcej naczyń, ale osoba, dla której owe naczynie miało być wykonane przyniosła jeszcze trochę gliny, którą zdobyła/wykopała/kupiła/dostała. Garncarz zadowolony dołożył tę część i mógł dalej tworzyć… Jestem chyba bardzo dużym naczyniem, ciężkim naczyniem, niełatwym do przenoszenia, ale napełnionym wieloma rzeczami, niektóre są prozaiczne a niektóre dość oryginalne… Jest jednak mały problem przy przenoszeniu lub próbie zmiany… Bo jak tu taki wielki gar przenieść lub zmienić jego kształt. Wiele ludzi się zniechęca już samym tym… Natomiast każde takie rekolekcje to jak dodanie nowej porcji gliny, nowy wzór, nowy ornament.

Wracając do tematu głównego. Zaraz po podręczniku przemiany rozważyliśmy jak przeżywać Mszę Świętą, a towarzyszyły nam słowa „et introibo ad altare Dei…” część modlitwy ministranta po łacinie: „i przystąpię do ołtarza Bożego”. Za chwilę nastąpił wspaniały obiad. A zaraz po nim chwila wolnego na przygotowanie się do sakramentu pojednania. Przeszliśmy znów do kaplicy i modląc się Koronką [była 15.00], śpiewem i Słowem Bożym oczekiwaliśmy na spowiedź. Nie było nas dużo w kolejce, ale okazało się że jeden ksiądz nie starczy, ponieważ to było bardzo ważne i powiedziałbym dogłębne spotkanie. Nie powinno nikogo dziwić że niektórzy potrzebowali całej godziny na pojednanie. Powstało pewne napięcie, bo zarówno my jak i spowiednicy spieszyli się na Mszę, lecz wyrobiliśmy się w spokoju wszyscy i zaraz po spowiedzi udaliśmy się prosto do kościoła [ja zahaczyłem jeszcze o dom w celu wzięcia alby by służyć do Mszy – nie mówiłem że jestem lektorem? No to mówię].

Po Mszy zjedliśmy kolację i przystąpiliśmy do  tajemniczego z nazwy punktu – mianowicie kartografii. O co chodziło? Mieliśmy narysować mapę nas samych. Zabawić się w geografa własnej osobowości, przewodnika po naszych terenach. Mapy były różne. Od tradycyjnych kopczykowo-sygnaturowych po kolorowe abstrakcje. Co było na mojej? Narysowałem duuużą połać lądu. Przez mniej więcej środek biegły góry… Dość szerokie i strome góry tylko w dwóch miejscach było ich mniej – jakby pewne przesmyki… Za górami było moje państwo. Ciągnęło się ono szeroko od zimnej północy, po cieplutkie południe. Stolica znajdowała się na wysuniętym cyplu w połowie państwa. Na brzegu było pełno malowniczych plaż, interesujących miast, ciemnych lasów… Niestety to państwo kiedyś było większe… czemu? Pojawili się najeźdźcy, którzy odebrali część terytorium, spustoszyli parę miast i mimo walk nie udało się tego odzyskać. Zaatakowali w miejscu gdzie był najdogodniejszy przesmyk, lecz w moim państwie zostało wszystko co najlepsze, choć żal było mi tych utraconych terenów, najważniejsze rzeczy zatrzymałem i wycofałem się jeszcze bardziej w głąb terytorium, ku portom. Z portów lubię zapuszczać się coraz dalej na morze… by poszukiwać lądu, na którym jest Jego Obecność i Jego Nagroda. Do portów ponadto często też przybywają statki z krajów zaprzyjaźnionych, lecz najlepszą drogą do poznania całego bogactwa mojego kraju jest droga przez góry… ciężka i trudna, ale za to jakie widoki! I jaki kawał kraju można zwiedzić i poznać. To w sumie jest jedyna droga aby w pełni polubić moje państwo i zachwycić się wszystkim co ma do zaoferowania…
Taa… dobra Kamil skończ już z tymi górnolotnymi wypowiedziami o samym sobie…

Kończę więc górnolotne wypowiedzi o samym sobie i kieruję notkę ku zakończeniu. Niedziela rozpoczęła się Mszą Świętą, po której nastąpiła dłuższa chwila rozmów na tematy przeróżne… a w ich czasie przygotowaliśmy tort dla Patrycji, która właśnie obchodziła 16 urodziny. Nastąpiła ogólna wesołość i roztargnienie, życzenia i ściskania… lecz siostry jak zwykle czujne powiedziały, że za niedługo spotkamy się na końcowej adoracji. I znów przybyliśmy do kaplicy. W celu zagłębienia się jeszcze raz w siebie i odkrycia na nowo. W atmosferze modlitwy, skupienia, i gitary niejedna z dziewczyn wybuchła szczerymi łzami i wzruszeniem… Ale cóż to jest pół godziny? Zleciało jak z bicza i już poproszono nas na obiad. A po obiedzie ostateczne podsumowanie… Wymiana numerów i maili… Podziękowania, pożegnania… sprzątanie… i… tak właśnie tak. … Koniec. Bo rekolekcje muszą się skończyć abyśmy to, co z nich wynieśli, mogli zastosować w naszym życiu.

Dzięki Wam wszystkim: s. Asia, s. Mirka [za poprowadzenie reko i nas samych], siostry z Tłuszcza [za gościnę i obiadki],Kat, Mad, Marysia, Monia, Edzia, Marta, Paula, Gosia, Marta, Paulina, Ala, Patriszia (chrumk), Nat, Piotrek, Marcin, Michał.
A Bóg widział, że wszystko do czego doprowadził było bardzo dobre.

niedziela, 13 marca 2011

Co się komu należy

Uwaga. Ta notka zawiera pojęcia związane z matematyką. Jeśli jesteś ograniczonym humanistą... trudno. Jeśli jesteś otwartym i wykształconym humanistą, nie będziesz mieć problemów :)

Ta myśl tkwiła we mnie dłuższy czas, niestety nie mogłem jej do końca sprecyzować, nadać jej widzialnego kształtu słownego bez utracenia znaczenia, lub bez zniekształcenia go. Szukałem wymyślnych metafor, porównań, przykładów i ciągle wychodziło mi nie tak jak trzeba... Aż w końcu z nieba chyba wprost spadło mi to skojarzenie. Na początek może mały ustęp ze Świętej Księgi:

Jezus opowiedział swoim uczniom tę przypowieść: Pewien człowiek, mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: "Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem". Rzekł mu pan: "Dobrze, sługo dobry i wierny. Byłeś wierny w niewielu rzeczach, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana". Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: "Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem". Rzekł mu pan: "Dobrze, sługo dobry i wierny. Byłeś wierny w niewielu rzeczach, nad wieloma cię postawię; wejdź do radości twego pana". Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: "Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność". Odrzekł mu pan jego: "Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. 
[Mt 25, 14-29]

Pismo Święte daje nam bardzo dobry model zachowań ludzkich. Model poliinterpretowalny [nie jestem pewien czy takie słowo istnieje]. Model powiedziałbym dość kontrowersyjny. Czemu? Gdy byłem małym chłopcem i słyszałem ten fragment podczas Mszy Świętej trochę mnie oburzało czemu ten który miał pięc talentów i je pomnożył [przez co miał 10] dostaje na końcu jeszcze jeden talent sługi gnuśnego... A dlaczego nie ten co miał cztery? Jemu by się bardziej przydały... Dziś gdy jestem już większym chłopcem doskonale rozumiem przesłanie tej przypowieści.

Aby pełniej zobrazować to, co chcę wyrazić, skomplikujmy trochę model jaki daje nam Ewangelia. Tutaj się ujawni moja ekonomia i to czego mnie na niej uczą... Załóżmy że każdy człowiek przy urodzeniu może dostać pewną ilość talentów. Ich liczba niech należy do zbioru {1, 2, 3, 4, 5}. Każdy człowiek może wybrać pewien poziom swojej zdolności do rozwijania talentów i ten mnożnik należy do puli {1, 2, 3}. Jest jednak pewien warunek: im wyższy mnożnik rozwoju, tym większy wysiłek i trudności z tym związane. Czyli dla przykładu: Weźmy trzy osoby. Jedna dostała 5 talentów i wybrała mnożnik = 3 czyli może ona osiągnąć bardzo wiele, ale będzie musiała liczyć się z tym, że będzie miała trudną drogę, ale nagroda na końcu [w szególności u Pana] będzie ogromna. Druga dostała 3 talenty i wybrała mnożnik = 2, a więc na końcu będzie miała wynik równy 6 osiągnięty przeciętnym wysiłkiem. W końcu ostatnia osoba dostaje jeden talent i wybiera mnożnik = 1. Zostaje z tym jednym talentem do końca... Oczywiście nie chcę tu zmieniać Słowa Bożego, chcę na Jego podstawie przedstawić moją myśl. Tymczasem, czy rozumiecie o co mi chodzi w moim modelu? Pięknie :). Na sam koniec wprowadźmy dwie ostatnie zmienne, które odgrywają ważną rolę w moim modelu, a mianowicie: pierwsza to zazdrość. Brzmi złowieszczo. I tak powinno być, bo ona tutaj nam nieźle napsuje. Zazdrość tym większa im więcej jest osób dookoła nas, które mają większą ilość talentów/większy mnożnik niż my. Druga z nich to współczynnik spełnienia. Im wyższy wybraliśmy mnożnik i im więcej osiągamy efektów tym współczynnik jest większy. Większy współczynnik daje nam siłę by trwać dalej na naszej trudnej drodze, by dzielić się naszymi darami z innymi i dawania ludziom szczęścia. Mam nadzieję, że przedstawiłem to w miarę zrozumiale.

A teraz do rzeczy. Historyjka. Weźmy osobę, która została obdarowana przez Boga hojnie. Dostała 5 talentów i w miarę jak rozwijała się wybrała mnożnik na poziomie 3. Osoba ta wyróżniała się niestety w swoim środowisku. Otaczały ją osoby, które dostały mniej talentów niż ona albo nawet tyle samo talentów co ona, ale wybrały mniejsze poziomy mnożnika. Im bardziej nasz bohater pracował nad rozwojem swoich talentów, tym większą odczuwał radość z tego zo robi i tym bardziej chciał dzielić się tym co ma z innymi [działa tu oczywiście współczynnik spełnienia]. Jednocześnie otoczenie które wybrało mniejsze nakłady pracy coraz bardziej się irytowało tym, że nasz bohater odstaje od innych. Rosnął u nich poziom frustracji, że oni uzyskują mniejsze nakłady. Im mniejszą kombinację talentów i mnożnika ktoś miał tym większy był poziom jego zazdrości. W końcu środowisko postanowiło odizolować się od wyróżniającej się jednostki w celu zminimalizowania swojej fristracji. Nasz bohater jednak nie zrażony niczym dalej ciężko pracował nad rozwojem. Zaczął również dzielić się tym co ma z innymi. Ludzie zrozumieli to jednak opacznie. Według nich był to akt wywyższenia się, pokazania się jaki nasz bohater jest lepszy niż cała reszta. Ich poziom frustracji jeszcze bardziej wzrósł. W końcu środowisko w jakim żył nasz bohater zmieniło taktykę i zamiast odizolowywać się od niego, zaczęło obcować z nim, ponieważ wynikały z tego różne korzyści. Jedną z nich była na przykład możliwość skorzystania z osiągnięć naszego bohatera i wykorzystania ich do pomnożenia swojej ilości talentów dużo mniejszym wysiłkiem [bo przecież nasz nieprzeciętny osobnik sam chciał dzielić się tym]. Pojawił się w końcu inny osobnik z dość małą kombinacją. Dostał dwa talenty i wybrał mnożnik = 2. Sfrustrowany powodzeniem bohatera tej opowieści zaczął najwięcej czerpać z tego czym bohater się dzielił. Najpierw pomnożył to co sam miał. Lecz nie było to satysfakcjonujące. Chcąc ciągle więcej zaczął żerować na talentach naszego bohatera. Gdy nasz bohater to zobaczył niepomiernie się zdenerwował. Odizolował się od pasożyta i pozostawił go samemu sobie. Całe społeczeństwo to widząc zaczęło szemrać między sobą że to niesprawiedliwe, że nasz bohater ma tak dużo talentów a pasożyt [oczywiście onie go tak nie nazywali] tak mało. Że bohater powinien oddać mu część talentów, albo co najmniej nadal pozwolić na używanie jego talentów. Mówili, że bohater jest samolubny i że rzeczywiście nie warto było się z nim zadawać, bo rzeczywiście wygląda na to, że on sam chce być najlepszy... Nasz bohater cierpiąc w samotności nadal pracował nad swoimi talentami, ale stał się ostrożniejszy. Już nie ufał innym jednostkom, ale jednocześnie trawił go wielki żal bo nie mógł nikomu pomóc i podzielić się tym co ma bez narażania się na wyśmianie, złość i odrzucenie. Pasożyt natomiast nasyciwszy się swoimi talentami zaczął ich używać tak jakby od samego początku miał ich dużo i wypracował wszystko swoją pracą.
Tu skończę historyjkę i przejdę do wniosków...

Jako ludzie, którzy tworzą społeczestwo jesteśmy naprawdę, niesamowicie, bezgranicznie okrutni i niesprawiedliwi. Większość z nas albo cigle czegoś komuś zazdrości, albo nie może pogodzić się ze szczęściem kogoś innego. Ale nie poprzestajemy na tym. O nie. My chcemy być jak ci fajniejsi. Natomiast zamiast wybierać większy trud, my wybieramy zagrania nieczyste, żerujemy na kimś udając życzliwych, a jak się ktoś orientuje udajemy głupich albo skrzywdzonych. Ha a cała reszta żałuje nas że jesteśmy tacy pokrzywdzeni i jednocześnie oburza się postawą ludzi, którzy tak mogli nas potraktować.
Prawdziwy szacunek należy się osobom które mimo trudów, przeciwności losu i innych ludzi dalej idą i się rozwijają i mimo tego chcą się dzielić [nie mylić z "pozwalać żerować"]. Ludziom, którzy pasożytują na pracy drugich należy się pogarda i potępienie.

Wracając do Ewangelii, teraz już wiem dlaczego gnuśnemu odebrali talent a dali go temu który miał najwięcej. Ten pierwszy był kompletnym leniem i kawałem [tu powinno być niezbyt cenzuralne słowo, ale sie od tego powstrzymam]... drugi natomiast ciężko pracował, miał więcej do udźwignięcia niż sługa z dwoma talentami. Musiał rozwinąć aż pięć talentów, przez co miał trudniejsze zadanie... Im trudniejsza walka tym większe zwycięstwo.
Tu kończę i zawieszam temat do prywatnego pochylenia się nad problemem.
Do przeczytania niedługo.

czwartek, 10 marca 2011

Coś lżejszego

Po burzliwym temacie szczerości i jeszcze bardziej gromogennych rozmowach w realu doszedłem do wniosku, że tutaj umieszczę coś lżejszego, choć jednak mimo wszystko na tematy damsko-męskie:

Czesław Śpiewa - O tych w Krakowie.

Niesamowita piosenka, niesamowity artysta, niesamowity tekst.
Cóż jesteśmy my panowie bez Was drogie panie... i cóż Wy możecie zdziałać bez nas?
Aby wszystko było jak powinno potrzeba nam być razem.
I stać nas na miłość dłuższą niż tydzień... każdego z nas i każdą z Was.
I będę w to wierzył choćby nie wiem co.
Do usłyszenia ;)

poniedziałek, 7 marca 2011

Na dzień kobiet

No właśnie z tej okazji, życzę wszystkim kobietom, małym i dużym; samotnym i zwiazanym; oszałamiająco pięknym i po prostu pięknym; odważnym i i tym mniej; blondynkom i nie-blondynkom; wojującym feministkom i kurkom domowym; matkom, żonom i kochankom, córkom i siostrom... no właśnie życzę Wam stylu [a nie: "miniówa - i jestem fajna"], kobiecości [nie: glans & heavy metal], słownictwa [nie: joł ziom... ja też cię loffciam], charakteru [a nie czterech na miesiąc], pieniędzy [żeby nie było że kochacie nas tylko za nie], wymagań [nie kochajcie tylko za naszą wątpliwą słodycz], kultury [a nie krzyczenia na cały przedział jakiego <cytat>wykurwistego kolesia widziałam</cytat>], zaradności [byście się nie bały pajęczyny], no... w sumie to wałśnie chwilowej niezaradności [nie, nie poradzicie sobie z kombajnem widząc go pierwszy raz w życiu], pozytywnych stereotypów [żebyście wiedziały, że wciąż niektórzy mężczyźni ustępują Wam w drzwiach i są skłonni kupić Wam kwiaty bez okazji], ciekawego życia [które nie ogranicza się do jednego spaceru na tydzień i zakupów w najbliższym hipermarkecie], zmysłowości [dbajcie żebyście nie wyglądały jak młode żuleczki], zaangażowania [tego kwiatu nie jest wcale pół światu, szczególnie że nas jest mniej niż Was], szczerości [mówcie co Wam leży na sercu i duszy]...
Bądźcie szczęśliwe.

Szczerość

Dziś zatrzymuje się nad pozornie prostym problemem, który zaintrygował mnie dosłownie dziś. Nie ważne okoliczności w jakich rodziły się moje przemyślenia, ale muszę podziękować za nie pewniej kobiecie, która niech na razie pozostanie anonimowa.

To straszne, ale im dłużej sie nad tym zastanawiam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że ludzie bezczelnie kłamią, mijają się z prawdą, mówią półprawdę, lub tylko zerkają na nią ukradkiem... Nawet między ludźmi, którzy niby się przyjaźnią nie ma w wielu wypadkach prawdy, a co dopiero między ludźmi, któzy się kompletnie nie znają... Najczęstszą chyba formą zatajania jest nieszczerość i to nad nią chcę się dziś szczególnie zatrzymać.

Pierwsze moje pytanie: czemu służy bycie nieszczerym wobec drugiej osoby, nie ważne znajomej czy nie [oczywiście bardziej nie mogę się nadziwić sytuacji kiedy nieszczere są wobec siebie osoby pozornie bliskie]. Czy służy to zbliżeniu? Chwilowo pewnie tak. Wyobraźmy sobie sytację, że powiedzmy naciągniemy lekko prawdę aby kogoś nie urazić czy nie zranić... no dobra i co dalej? Komu jest lepiej? Czy aby na pewno osobie przez nas okłamywanej, czy może raczej nam samym, bo nie musimy stawiać czoła trudnej rozmowie czy sytuacji... Uwaga! To tylko chwilowe odkładanie problemu na później. Prędzej czy później i tak wszystko wychodzi. "Nie ma nic zakrytego co by nie miało być ujawnione" mówi Pismo Św. Ha, nawet im dłużej coś się ukrywa, tym mniej przyjemnie to coś dla obu stron zostanie ujawnione.

Nie chcę wyjść na jakiegoś mądrzyciela i egocentryka, ale ja staram się zawsze mówić prawdę. Różnie mi to wychodzi, ale tak zostałem wychowany, że prawda jest podstawą właściwego życia. Bardzo mnie frustruje i jednocześnie mocno dotyka, gdy ludzie zamiast starać się rozmawiać ze mną, dyskutować, zakładają że jestem okrutną i wredną osobą z tego powodu. Nie raz mi się dostało, że nigdy nie będę miał przyjaciół, bo się za bradzo rządzę, że nie warto mi mówić o ważnych rzeczach, bo potem mogę użyć słów przeciwko komuś. Przez moją szczerość ludzie mi nie ufają, rzadko ze mną rozmawiają na ważne tematy, ba [sic!] nawet nie mówią mi wprost tego co o mnie sądzą. Udają że wszystko jest ok, a jak przychodzi co do czego to się okazuje, że jednak nie myślą o mnie zbyt dobrze... Co więcej, trwają w takiej pozie licząc, że nic nie widzę i może nie będzie musiało dojść do konfrontacji ergo: ich brak szczerości nie wyrządzi nikomu nic złego bo i tak zainteresownay się nie dowie. Otóż wszystkim, którzy tak o kimkolwiek sądzą ogłaszam wszem i wobec: Jeśli masz coś do kogoś, to choćbyś nie wiem jak się starał/starała, nie ukryjesz tego. Pamiętaj, że obserując sam/sama jesteś obserwowany/obserowowana. Gdy masz coś przeciwko jakiejś osobie, jak najszybciej wyjaśnij tę sprawę. Ulżysz sobie i innym. Szczerość zawsze jest właściwym rozwiązaniem. Lubię porównywać prawdę do dobrego lekarstwa. Zwykle jest niestety gorzkie i ciężkie do przełknięcia. Czasem można podzielić lek na mniejsze dawki, czasem lek może mieć z mniejszającą goryczkę powłokę i nadal zachowuje swoje działanie. Tak czy inaczej dążmy zawsze między sobą do szczerości. W przeciwnym wypadku następują podziały i oddalenia często trudne do odbudowania.

wtorek, 1 marca 2011

To nie jest kraj dla studenta w potrzebie...

Tak sobie chodzę od kilku dni i zastanawiam się, o czym napisać. Widziałem przez ten czas wiele rzeczy, słyszałem też nie mało i w końcu udało mi się wyłonić kilka tematów, o których w najbliższym czasie napiszę.

Z tych kilku zdecydowałem się na ten, który mnie najbardziej zbulwersował. Kilka dni temu moja znajoma zgubiła [lub ktoś jej pomógł zgubić] portfel z dokumentami: dowodem, legitymacją studencką, kartą płatniczą... Gdy się o tym dowiedziałem, muszę przyznać, że od razu pojawiła mi się w głowie myśl: "o kurna, to się dziewczyna nabiega teraz". Jednak powstrzymałem się od wygłaszania pochopnych sądów, bo a nuż nagle coś się zmieniło... i może teraz polskie instytucje są lepiej przygotowane na takie nietypowe sytuacje... Ha, jak zwykle, próżna nadzieja śmiertelnych!

Cała przeprawa przez bagno biurokracji i [niestety] ludzkiej tępoty zaczęła się na posterunku policji [a jakże]... hm, choć ściślej rzecz ujmując... na kilku posterunkach. Koleżanka jechała linią autobusową, która kursuje Alejami Jerozolimskimi na jeden z głównych dworców autobusowych dalekobieżnych. To w tym miejskim autobusie prawdopodobnie doszło do najprawdopodobniej kradzieży [nigdy nikt nie może być pewny, ale osoba o której piszę do pochopnych i mało racjonalnych w osądach nie należy]. Gdy już po wyjściu zorientowała się że brakuje jej portfela, pospieszyła na komisariat... No i się zaczęło. Powiedzieli jej, że musi poczekać bo nie mają kadry, i że i tak będzie musiała powtórzyć zeznanie w innym posterunku, bo Aleje Jerozolimskie ciągną się przez trzy dzielnice... W tym drugim powiedzieli że też nie mają kadry i że może spróbować jeszcze w innym komisariacie. W trzecim posterunku powiedzieli jej, że też mają pilne sprawy a nowa zmiana za godzinę... jak chce to może czekać... albo jechać na posterunek policji w dzielnicy, w której mieszka... Tak więc zrobiła. Na czwartym posterunku spotkała przesympatyczną panią, która chyba nie za bardzo wiedziała co ona robi jako policjantka... Przepraszam, ale co mają znaczyć teksty w stylu "Po co w ogóle Pani przyjeżdża z taką sprawą! Kto tutaj skierował!", albo "Kradzież dokumentów trzeba zgłaszać po dwóch tygodniach!" [to nic że mamy studentkę, która bez legitymacji nie zostanie wpuszona nawet do biblioteki], albo tekst: "żeby w tym portfelu była jeszcze jakaś oszałamiająca suma pieniędzy... a to tylko dokumenty". Świadczy to o tym, że stan naszej służby policyjnej jest jeszcze gorszy, niż to jest przedstawione w kawałach, czy skeczach. I wcale nie ma tu się z czego śmiać. Nie chcę oczywiście nikomu uwłaczać, ale przyjmowanie do policji ludzi nieodpowiedzialnych, niewyedukowanych, niemyślących, i tępych godzi w prawa człowieka moim zdaniem. Jak mogę czuć się bezpieczny, skoro mam przed oczami wizję, że jakby coś [nie daj Boże] mi się stało nieprzyjemnego, to muszę zjeździć pół miasta, żeby ktoś mi łaskę zrobił i jeszcze usłyszeć od niego/niej parę podśmiewek i nieprzyjemności?

Ha, ale to był dopiero początek. Nie chcę najeżdżać na pracowników mojej uczelni, ale poziom inteligencji niektórych z nich również pozostawia moim zdaniem wiele do życzenia... Otóż moja znajoma mając wypożyczone książki w naszej bibliotece, nie mogła wejść do środka i ich oddać, ani zablokować konta bibliotecznego. Co było tego powodem? Brak legitymacji. Strażnikom zabrało dużo czasu zanim zrozumieli, że dokumenty zostały skradzione i nijak moja koleżanka nie może ich okazać. Z zablokowaniem karty płatniczej nie było większego problemu. Problem natomiast pojawił się w momencie gdy moja znajoma zapytała się czy może wyciągnąć pieniądze z konta w banku, osobiście... Otóż owszem, może. U siebie w domu. 200 km od Wawy. A jakby chciała w Warszawie to musi poczekać do środy jak będzie kierownik, i może będzie tak łaskaw ściągnąć z bazy odpowiednie dane.

Ale, ale! Jest jeszcze kochana przez wszystkich Warszawian komunikacja miejska. Koleżanka ma paragon za kartę i samą kartę też gdzieś wygrzebała. I chce aby jakoś jej uznali ten bilet, który miała wbity na legitymację... a na to babka mówi, że "nie ma zaświadczenia z policji". A przecież na policji nic jej nie dano. "No cóż to przynajmniej z dziekanatu że Pani studiuje..." mówi babka dalej... Poszła w końcu do dziekanatu, który okazał się jedyną sprawnie działającą instytucją w tej całej gmatwaninie. Legitymacja będzie za 3 dni jak się za nią zapłaci. Zaświadczenie [bzdurny wymysł ztm wg pani z dziekanatu] dostała bez problemu. Poszła znów do tego ZTM... stoi w kolejce do informacji 10 minut... po czym babka mówi: "Nie u mnie to! Do kasy z tym."... Kolejne 10 minut czekania do kasy... gdzie słyszy: "nie ma nr legitymacji na zaświadczeniu!". Nr legitymacji można pobrać z Usosweba [systemu na UW] co zajęłoby ok. 2 minut... "To co! Musi być na zaświadczeniu" - brzmiała odpowiedź.

To nie jest kraj dla studenta w potrzebie... Szczerze mówiąc, to nie jest kraj dla kogokolwiek, kto musi korzystać z wątpliwych usług służb publicznych... Ja wiem, że są pewne normy prawne, których trzeba przestrzegać [swoją drogą nie wiem jak bezgranicznie głupia osoba może wymyślać takie pokrętne przepisy], ale na litość! Przecież obowiązują nas chyba jeszcze zasady moralne! Czy nie? Czy ja jestem i z tym do tyłu? Trochę życzliwości dla studenta, który naprawdę nie wie co robić chyba by nie zaszkodziło. A tu nie dość, że rzucają nim po posterunkach, nie wierzą nigdzie gdzie pójdzie, to jeszcze każą mu biegać z durnymi świstkami, które i tak potem gdzieś się zawieruszają. Chore! Jestem bardzo ciekaw czy te wszystkie osoby czułyby się komfortowo gdyby nie siedziały sobie za biureczkiem i nie warczały na interesantów?

Czy to efekt jakiegoś powszechnego procesu zchamienia nas wszystkich, czy po prostu my Polacy jesteśmy dla siebie wredni genetycznie... nie wiem. Ale w jednym i w drugim przypadku nic nie zwalnia nas z pracy nad sobą i ciągłego kształtowania swojej kultury osobistej, która wyraża się również w tym jak odnosimy się do osób, których kompletnie nie znamy [nie mówię o przypadku kiedy rzeczywiście mamy powody, by darzyć niekoniecznie serdecznym uczuciem osoby, które wyrządziły nam krzywdę - choć i tu są granice]. Czy tak trudno przyjmować kogoś z nastawieniem, że nie jest on złodziejem/gwałcicielem/potencjalnym mordercą naszych dzieci? Znam osobiście ludzi, u których nowo poznane osoby startują z notą ujemną, a swoim zachowaniem mogą sprawić że ocena wzrośnie. Czy to ma jakikolwiek sens? Idąc dalej. Gdzie w tym wszystkim przykazanie miłości? Wychodzi na to że strasznie nie lubimy siebie samych skoro jesteśmy tacy wredni i nieczuli dla innych. Zostawiam tę kwestię do osobistego rozważenia przez każdego czytelnika.

piątek, 25 lutego 2011

Nocne niebo zimą

Miałem pisać w sumie o czymś innym, ale będzie o tym, co mnie dziś zachwyciło. Wracam sobie po poprawce ćwiczeń z mikro III [nie pytajcie co to... ważne że głupie i związane z ekonomią]. Idę całkiem zmęczony po drugim dopiero tygodniu nauki i nagle patrzę na niebo. Dla uściślenia nocne już niebo. Często to robię [dlatego blog nazwałem "il regardes le ciel" = oglądający niebo], ale dziś po tym jakże nieznośnym tygodniu zmagań z siłami ekonomii, poczułem wielką przyjemność widząc, że jest na tyle przejrzyście, że w końcu widać gwiazdy.

Najpierw uściślijmy może co zobaczyłem. Gdy noc jest w miarę pogodna, to w lutym około godz. 19.00, patrząc w kierunku południowym można dostrzec taki oto obraz:
Aby uzyskać lepszą jakość kliknij na zdjęcie:











No to teraz co dokładnie widzimy:
Dość charakterystyczny kształt mniej więcej na samym południu składający się z trzech skośnych gwiazd i czterech jaśniejszych dookoła to gwiazdozbiór Oriona - wielkiego mitycznego myśliwego - syna Posejdona, który to syn chwalił się że może zabić każde stworzenie. Wściekła Artemida, która to była boginią łowów tak się na niego wkurzyła, że gdy spał, podrzuciła mu skorpiona, który go użądlił... no i Orion umarł. Ale Posejdon umieścił swego syna na nieboskłonie - na złość swojej bratanicy. Orion ma trzy bardzo jasne gwiazdy: Rigel, Betelgeuse i Bellatrix. Betelgeuse, która jest 17000 razy większa niż nasze Słońce oraz 15 razy cięższa, już nie pożyje długo... a jej koniec prawdopodobnie będzie spektakularnym wybuchem... po którym przez kilka miesięcy będzie jaśniejsza niż księżyc w pełni i widoczna nawet w dzień :) Niestety "niedługo" w astronomii znaczy tyle co "za kilka tysięcy lat". Trzecią jasną gwiazdą jest Bellatrix - gwiazda wojowniczych kobiet [na prawo od Betelgeuse].
Na lewo i nieco w dół od Oriona mamy okazję obserwować najjaśniejszą gwiazdę na nocnym niebie - niebieskawego Syriusza - najważniejszą gwiazdę w konstelacji Wielkiego Psa. Ta gwiazda była bardzo ważna dla starożytnych Egipcjan [oni nazywali ją Sothis], którzy jej pojawienie się na niebie łączyli z porą wylewów Nilu. Nawet cykl kalendarzowy [który swoją drogą mieli mocno pogmatwany] liczący 1460 lat nazwali cyklem Sothisowym. Syriusz to imię psa Oriona, który nie odstępował swego pana ani na krok, i został razem z nim przeniesiony na niebo. [Zauważyliście że J.K. Rowling użyła nazw gwiazd jako imion rodziny Blacków w Harrym Potterze? Mamy Syriusza Blacka, Bellatrix Lestrange z domu Black, mamy też Regulusa Arkturusa Blacka, czy Andromedę Tonks - też z domu Black]
Kolejne jasne gwiazdy okalają pięknym kółeczkiem Oriona. Wyżej na lewo od Syriusza mamy lekko zielonkawą gwiazdę - Procjona, który to jest najjaśniejszą gwiazdą z gwiazdozbiorze Małego Psa [a przez Egipcjan był uważany za domenę Anubisa - boga śmierci]. Wyżej i na prawo [musimy nieco zadrzeć głowę] mamy dwie jasne gwiazdy ułożone obok siebie. To dwie główne gwiazdy konstelacji Bliźniąt. Jaśniejszy Polluks i nieco mniej jasny Kastor - mitologiczni bliźniacy o skomplikowanym rodowodzie... [odsyłam do Wikipedii]. Tuż nad naszą głową znajduje się Kapella - główny punkt w Woźnicy. Kierując nasz wzrok od tej gwiazdy prostopadle do horyzontu - na lewo od Oriona zobaczymy czerwoną gwiazdę. Jest to Aldebaran, który według starożytnych był okiem niebiańskiej konstelacji Byka. Kierując nasz wzrok na prawo zobaczymy jasny samotny punkt chylący się ku zachodowi. Nie jest to gwiazda! To Jowisz - największa planeta naszego układu słonecznego, która świeci dzięki odbitym promieniom Słonecznym.

Czemu o tym piszę? Lubię oglądać nocne niebo, a szczególnie nocne niebo zimą. Widać na nim piękno stworzenia. Jako że mieszkamy na półkuli północnej, nie jesteśmy w stanie oglądać wielkiego nagromadzenia jasnych gwiazd widzianych tylko na półkuli południowej, ale za to zimą... Zimą na naszym niebie pojawia się cudowny porządek i chłodne światło gwiazd, które od wielu tysięcy lat wyznaczały rytm ludzkiego życia... Niestety ten cudowny dla mnie układ ukazuje się zimą bardzo rzadko, ponieważ od jesieni do wiosny na naszych szerokościach niebo pokryte jest zbyt często chmurami. Dlatego też tak bardzo ucieszyłem się dziś widząc że mogę nacieszyć oko tą cudowną gwiezdną harmonią [aż sobie przystanąłem i patrzyłem jak głupi w górę]. Czuć w tym przepiękny zamysł Stwórcy, który wykazał się według mnie nie lada smakiem i gustem w takim, a nie innym zaplanowaniu tego wszystkiego. Niech astronomowie mówią, co chcą o tym że niebo jakie teraz widzimy to kwestia czystego przypadku, że za 100 000 lat wszystko się zmieni i poprzestawia. Niech sobie trajkoczą, że taka to a taka gwiazda składa się z wodoru i helu i czego-tam-kolwiek-jeszcze, niech trują, że te gwiazdy tak naprawdę są miliony lat świetlnych od siebie, a to co widzimy to tylko kwestia perspektywy i przypadku. A niech gadają i milion innych rzeczy, które mi nie są przydatne!
Ja i tak będę się cieszył
że w tej konkretnej chwili,
hinc et nunc,
dano nam
oglądać
piękno.