Inna sytuacja. Dzieci wyposażone od chwili gdy mają 6 lat w PS3/Xboxa, komórkę, iPoda i wiele innych gadżecików, że już nie wspomnę o komputerze i koncie na nk. A to czemu? Słyszałem tłumaczenie "bo tamta matka kupiła swojemu synowi na komunię, to ja kupiłam mojemu jak szedł do 1 klasy żeby nie był gorszy". No comment. Albo nie. Jednak comment. Zastanawia mnie co kieruje rodzicami, którzy podsuwają dzieciom zjadacze czasu w postaciach wyżej wymienionych. Co kieruje naprawdę? Bo każdy zaraz się zarzeka, że "chcę aby moje dziecko miało lepiej niż ja" albo "że trzeba uczyć obcowania z nowymi technologiami od małego". Ok... tu jeszcze bym się zgodził, ale i tak oswajałbym powoli i rozsądnie, wprowadzając pewne granice. Ja chcę drążyć dalej. Czy czasem nie jest tak, że rodzice dają swym pociechom wszystkie te rzeczy po to by sami mieli więcej czasu dla siebie, swojej kariery, swojego odpoczynku? To przecież łatwe. Ja dziecku daję fajny prezent, ono z niego korzysta, ja mam czas i spokojną głowę, bo wiem gdzie jest i co robi. Czy na pewno? Patrząc z boku na dzisiejszą dzieciarnię i będąc w miarę obiektywnym widzem [bo swoich dzieci nie mam] stwierdzam, że w znakomitej większości przypadków dzieci nowoczesne są mniej komunikatywne, mniej przystosowane do działań grupowych, mają mniejszą wyobraźnię. Niedawno zostałem zapytany przez chłopaka podstawówka/gimnazjum czy lubię czytać książki [akurat miałem pod ręką egzemplarz "Cienia wiatru" [btw. dziękuję Agnieszce za tę niesamowitą książkę]]. Ja oczywiście odpowiedziałem że bardzo lubię, na co młody zrobił wielkie oczy i powiedział, że to dla niego bardzo dziwne bo on nie lubi. Ja pytam więc co on lubi robić w wolnym czasie. Odpowiedź: "grać na kompie". Czujecie?
Żeby nie było. Nie jestem przeciwnikiem gier komputerowych, ani innych tego typu rozrywek. Sam z pewnością w swoim czasie mojemu ewentualnemu potomkowi też taką rozrywkę udostępnię. ALE. Nie może to być jedyny rodzaj aktywności w życiu dziecka. Gra jaka by nie była, nie sprawi, że dziecko będzie bardziej elokwentne, a między ludźmi będzie umiało jasno formułować swoje poglądy. Ha, żeby miało jakiekolwiek poglądy to jednak potrzebuje stanowczo wielu rzeczy, a strzelanina-zabijanina jest chyba na ostatnim miejscu.
Jeszcze inną sprawą jest zachowanie jakie dzieci wynoszą z domu. A raczej jego coraz większy brak. Jeżdżąc na zebrania do mojej siostry, która jest w liceum, spotkałem się z sytuacją, gdzie wychowawczyni skarżyła się na złe zachowanie dzieci w grupie jaką jest klasa [a jest to liceum z czołówki a nie zbieranina indywiduów]. Podkreślała, że każde z osobna to urocza postać, natomiast w grupie jest niezdrowa rywalizacja i napięcie. Głos nagle zabrała jedna z matek "Ale moja córka jest przecież naprawdę fajną osobą, ona w domu tak fajnie się zachowuje, ja jej ciągle to powtarzam że jest bardzo fajnym człowiekiem..." Reszta rodziców ochoczo przytaknęła. "No tak", myślę sobie, "to tutaj mamy problem. Jeśli ty mówisz młodej, że jest taka fajna i w ogóle hiper mega odjazd, a reszta pewnie robi to samo, to takie dziecko przychodzi do grupy, w której 90% członków jest tak fajnych, że ktoś inny, kto również myśli że jest fajny - jest wrogiem". Ale co ja tam się młody miałem odzywać. Może któreś z nich przypadkiem się natknie na ten wpis i sam zweryfikuje co robi. Wychowawczyni - naprawdę urocza osoba - mówiąc o zachowaniu poruszyła również fakt, że dzieci nie mówią swoim nauczycielom głupiego "dzień dobry", nie umieją formułować argumentów w dyskusjach, nie odnoszą się do nauczycieli z szacunkiem [jedna z uczennic na lekcji wyszła z sali mówiąc "chyba pani żartuje!"]. Gdzie dzieci mają się takich rzeczy uczyć? W domu. Od małego. Ale gdy rodzice wolą kupować im drogie zabawki i patrzeć żeby tylko nie zrobiło im się broń Boże przykro, a nie wpajać zasady zachowania i uczyć jak żyć, to nie dziwmy się, że wyrasta na naszych oczach pokolenie oświeconych chamów i prostaków...
Nie wypowiadam się więcej bo ktoś mi zarzuci brak doświadczenia. Polecam natomiast przeczytać książkę "Bojowa pieśń tygrysicy" autorka: Amy Chua. Dowiemy się dlaczego chińskie matki wychowują zahartowane i mistrzowskie dzieci a amerykańskie miernotę z przerośniętym ego. Może to trochę zbytnia polaryzacja jak na polskie warunki, ale patrząc na dzisiejszą polską dziatwę, dochodzę do hipotezy, że od amerykańskiej dzieli ją jeszcze jedynie mniejsza ilość samochodów w domu i mniej kilogramów per capita.
Do usłyszenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz