Tak sobie chodzę od kilku dni i zastanawiam się, o czym napisać. Widziałem przez ten czas wiele rzeczy, słyszałem też nie mało i w końcu udało mi się wyłonić kilka tematów, o których w najbliższym czasie napiszę.
Z tych kilku zdecydowałem się na ten, który mnie najbardziej zbulwersował. Kilka dni temu moja znajoma zgubiła [lub ktoś jej pomógł zgubić] portfel z dokumentami: dowodem, legitymacją studencką, kartą płatniczą... Gdy się o tym dowiedziałem, muszę przyznać, że od razu pojawiła mi się w głowie myśl: "o kurna, to się dziewczyna nabiega teraz". Jednak powstrzymałem się od wygłaszania pochopnych sądów, bo a nuż nagle coś się zmieniło... i może teraz polskie instytucje są lepiej przygotowane na takie nietypowe sytuacje... Ha, jak zwykle, próżna nadzieja śmiertelnych!
Cała przeprawa przez bagno biurokracji i [niestety] ludzkiej tępoty zaczęła się na posterunku policji [a jakże]... hm, choć ściślej rzecz ujmując... na kilku posterunkach. Koleżanka jechała linią autobusową, która kursuje Alejami Jerozolimskimi na jeden z głównych dworców autobusowych dalekobieżnych. To w tym miejskim autobusie prawdopodobnie doszło do najprawdopodobniej kradzieży [nigdy nikt nie może być pewny, ale osoba o której piszę do pochopnych i mało racjonalnych w osądach nie należy]. Gdy już po wyjściu zorientowała się że brakuje jej portfela, pospieszyła na komisariat... No i się zaczęło. Powiedzieli jej, że musi poczekać bo nie mają kadry, i że i tak będzie musiała powtórzyć zeznanie w innym posterunku, bo Aleje Jerozolimskie ciągną się przez trzy dzielnice... W tym drugim powiedzieli że też nie mają kadry i że może spróbować jeszcze w innym komisariacie. W trzecim posterunku powiedzieli jej, że też mają pilne sprawy a nowa zmiana za godzinę... jak chce to może czekać... albo jechać na posterunek policji w dzielnicy, w której mieszka... Tak więc zrobiła. Na czwartym posterunku spotkała przesympatyczną panią, która chyba nie za bardzo wiedziała co ona robi jako policjantka... Przepraszam, ale co mają znaczyć teksty w stylu "Po co w ogóle Pani przyjeżdża z taką sprawą! Kto tutaj skierował!", albo "Kradzież dokumentów trzeba zgłaszać po dwóch tygodniach!" [to nic że mamy studentkę, która bez legitymacji nie zostanie wpuszona nawet do biblioteki], albo tekst: "żeby w tym portfelu była jeszcze jakaś oszałamiająca suma pieniędzy... a to tylko dokumenty". Świadczy to o tym, że stan naszej służby policyjnej jest jeszcze gorszy, niż to jest przedstawione w kawałach, czy skeczach. I wcale nie ma tu się z czego śmiać. Nie chcę oczywiście nikomu uwłaczać, ale przyjmowanie do policji ludzi nieodpowiedzialnych, niewyedukowanych, niemyślących, i tępych godzi w prawa człowieka moim zdaniem. Jak mogę czuć się bezpieczny, skoro mam przed oczami wizję, że jakby coś [nie daj Boże] mi się stało nieprzyjemnego, to muszę zjeździć pół miasta, żeby ktoś mi łaskę zrobił i jeszcze usłyszeć od niego/niej parę podśmiewek i nieprzyjemności?
Ha, ale to był dopiero początek. Nie chcę najeżdżać na pracowników mojej uczelni, ale poziom inteligencji niektórych z nich również pozostawia moim zdaniem wiele do życzenia... Otóż moja znajoma mając wypożyczone książki w naszej bibliotece, nie mogła wejść do środka i ich oddać, ani zablokować konta bibliotecznego. Co było tego powodem? Brak legitymacji. Strażnikom zabrało dużo czasu zanim zrozumieli, że dokumenty zostały skradzione i nijak moja koleżanka nie może ich okazać. Z zablokowaniem karty płatniczej nie było większego problemu. Problem natomiast pojawił się w momencie gdy moja znajoma zapytała się czy może wyciągnąć pieniądze z konta w banku, osobiście... Otóż owszem, może. U siebie w domu. 200 km od Wawy. A jakby chciała w Warszawie to musi poczekać do środy jak będzie kierownik, i może będzie tak łaskaw ściągnąć z bazy odpowiednie dane.
Ale, ale! Jest jeszcze kochana przez wszystkich Warszawian komunikacja miejska. Koleżanka ma paragon za kartę i samą kartę też gdzieś wygrzebała. I chce aby jakoś jej uznali ten bilet, który miała wbity na legitymację... a na to babka mówi, że "nie ma zaświadczenia z policji". A przecież na policji nic jej nie dano. "No cóż to przynajmniej z dziekanatu że Pani studiuje..." mówi babka dalej... Poszła w końcu do dziekanatu, który okazał się jedyną sprawnie działającą instytucją w tej całej gmatwaninie. Legitymacja będzie za 3 dni jak się za nią zapłaci. Zaświadczenie [bzdurny wymysł ztm wg pani z dziekanatu] dostała bez problemu. Poszła znów do tego ZTM... stoi w kolejce do informacji 10 minut... po czym babka mówi: "Nie u mnie to! Do kasy z tym."... Kolejne 10 minut czekania do kasy... gdzie słyszy: "nie ma nr legitymacji na zaświadczeniu!". Nr legitymacji można pobrać z Usosweba [systemu na UW] co zajęłoby ok. 2 minut... "To co! Musi być na zaświadczeniu" - brzmiała odpowiedź.
To nie jest kraj dla studenta w potrzebie... Szczerze mówiąc, to nie jest kraj dla kogokolwiek, kto musi korzystać z wątpliwych usług służb publicznych... Ja wiem, że są pewne normy prawne, których trzeba przestrzegać [swoją drogą nie wiem jak bezgranicznie głupia osoba może wymyślać takie pokrętne przepisy], ale na litość! Przecież obowiązują nas chyba jeszcze zasady moralne! Czy nie? Czy ja jestem i z tym do tyłu? Trochę życzliwości dla studenta, który naprawdę nie wie co robić chyba by nie zaszkodziło. A tu nie dość, że rzucają nim po posterunkach, nie wierzą nigdzie gdzie pójdzie, to jeszcze każą mu biegać z durnymi świstkami, które i tak potem gdzieś się zawieruszają. Chore! Jestem bardzo ciekaw czy te wszystkie osoby czułyby się komfortowo gdyby nie siedziały sobie za biureczkiem i nie warczały na interesantów?
Czy to efekt jakiegoś powszechnego procesu zchamienia nas wszystkich, czy po prostu my Polacy jesteśmy dla siebie wredni genetycznie... nie wiem. Ale w jednym i w drugim przypadku nic nie zwalnia nas z pracy nad sobą i ciągłego kształtowania swojej kultury osobistej, która wyraża się również w tym jak odnosimy się do osób, których kompletnie nie znamy [nie mówię o przypadku kiedy rzeczywiście mamy powody, by darzyć niekoniecznie serdecznym uczuciem osoby, które wyrządziły nam krzywdę - choć i tu są granice]. Czy tak trudno przyjmować kogoś z nastawieniem, że nie jest on złodziejem/gwałcicielem/potencjalnym mordercą naszych dzieci? Znam osobiście ludzi, u których nowo poznane osoby startują z notą ujemną, a swoim zachowaniem mogą sprawić że ocena wzrośnie. Czy to ma jakikolwiek sens? Idąc dalej. Gdzie w tym wszystkim przykazanie miłości? Wychodzi na to że strasznie nie lubimy siebie samych skoro jesteśmy tacy wredni i nieczuli dla innych. Zostawiam tę kwestię do osobistego rozważenia przez każdego czytelnika.
1 komentarz:
Na szczęście w całym tym bagnie można spotkać dobrych ludzi:) Nawet jak jest tak beznadziejnie. Korzystając z okazji pozdrawiam kierowcę autobusu, który wykazał się zrozumieniem i dobrą wolą:)
Prześlij komentarz