Uwaga. Ta notka oprócz tego, że jest długa, naszpikowana jest wiarą katolicką i różnymi rzeczami związanymi z emocjami i uczuciami... jeśli masz coś przeciwko to nie czytaj... albo przeczytaj, może da Ci to coś dobrego.
Dobre podsumowanie rodzi się po jakimś czasie. To jest chyba ten czas, aby napisać o rekolekcjach wielkopostnych u Aniołów w Tłuszczu.
Tydzień, który je poprzedzał był dla mnie... przytłaczający. Czym? Głównie ekonomią. A dokładniej referatem z ekonomii politycznej [oczywiście nie zapominajmy o controllingu czy finansach II, które też mocno leżały mi na sercu]. Tydzień mijał i mijał, i jeszcze trochę pomijał, aż w końcu przyszedł piątek... No właśnie - czas zepsutego pociągu i niezdążenia na statystykę, czas referatu z ekonpolu, czas nauki Agi gry na gitarze, czas mikro II.... o Boże... No i w końcu - upragniony powrót i rekolekcje.
Wycieńczony, zmordowany, sfrustrowany i co najważniejsze - głodny [ale to nie nowość] przyszedłem prosto z pociągu, po drodze zabierając moją rodzoną siostrę. Gdy weszliśmy, od razu powitało nas gwarne zbiegowisko ludzi, każdy śmiał się, witał, coś jadł, coś pił.... ledwo wszedłem, powitany zostałem przez siostrę Mirkę, Madzię i Kasię a zaraz przez siostrę Asię i całą resztę. Od razu polecono mi coś przegryźć przepić i zaraz rozpoczęliśmy spotkanie. Najpierw jak to bywa zwykle – poznanie się nawzajem i powiedzenie paru słów o sobie. Potem na wprowadzenie nas wszystkich w nastrój skupienia i wyciszenia siostry puściły „Do kołyski” Dżemu… bardzo lubiłem tę piosenkę swojego czasu, lecz dawno już nie miałem okazji aby jej posłuchać, więc przyjąłem ją jako bardzo miłe intro do całego spotkania. W tym duchu siostry przedstawiły ramowy plan naszego spotkania i po nim udaliśmy się na Drogę Krzyżową do kaplicy. Jednak bez rzeczywistej drogi. To miała być droga każdego z nas przebyta w swoim sercu. Łagodne dźwięki gitary wydobywane przez siostrę Mirkę i uderzające rozważania podawane nam przez siostrę Joannę, pomogły na nowo odkrywać siebie, szukać w sobie rzeczy niedoskonałych, wymagających poprawienia, w Bogu i z Jego pomocą. Po tej modlitwie okazało się, że dochodzi już w pół do północy i czas iść spać. Choć tak naprawdę nikt tego nie chciał powoli ludzie zaczęli niknąć by ogarnąć się przed snem. Lecz my Tłuszczanie nie nocowaliśmy z tymi, którzy przyjechali. Mając domy niedaleko miejsca spotkań mogliśmy pozwolić sobie na nocowanie u siebie.
Dzień się skończył a ja czułem wyczekiwanie na to, co przyniosą dni kolejne. Niestety nie mogłem być od samego rana w sobotę. Przeprowadziwszy tylko te lekcje, które naprawdę musiałem [bo jak może nie wiecie udzielam korepetycji] pośpieszyłem zaraz po nich na spotkanie. Ominął mnie jeden punkt programu – mianowicie Moje Westerplatte, dlatego nie mogę napisać nic o tej części. Zdążyłem jednak na drugi punkt – Podręcznik przemiany. Były to opowieści o trzech Spotkaniach ludzi z Jezusem. O trzech Spojrzeniach Jezusa na człowieka. Pierwsze spotkanie odbyło się na uczcie jaką wydał jeden z faryzeuszów dla Jezusa. Przytoczmy Pismo:
Jeden z faryzeuszów zaprosił Go do siebie na posiłek. Wszedł więc do domu faryzeusza i zajął miejsce za stołem. A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku, i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem. Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: "Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą". Na to Jezus rzekł do niego: "Szymonie, mam ci coś powiedzieć". On rzekł: "Powiedz, Nauczycielu!". "Pewien wierzyciel miał dwóch dłużników. Jeden winien mu był pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt. Gdy nie mieli z czego oddać, darował obydwom. Który więc z nich będzie go bardziej miłował?". Szymon odpowiedział: "Sądzę, że ten, któremu więcej darował". On mu rzekł: "Słusznie osądziłeś". Potem zwrócił się do kobiety i rzekł Szymonowi: "Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i swymi włosami je otarła. Nie dałeś Mi pocałunku; a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich. Głowy nie namaściłeś Mi oliwą; ona zaś olejkiem namaściła moje nogi. Dlatego powiadam ci: Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje". Do niej zaś rzekł: "Twoje grzechy są odpuszczone". Na to współbiesiadnicy zaczęli mówić sami do siebie: "Któż On jest, że nawet grzechy odpuszcza?". On zaś rzekł do kobiety: "Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!".
Co mnie uderzyło w tej kobiecie i co potem wspomniała s. Mirka, to jej niezwykła determinacja. Była niechciana i zapewne nie dostała się na to przyjęcie bo miała zaproszenie. Ona przyszła tam trochę nielegalnie i jak już weszła to parła naprzód aż przybliżyła się do Jezusa. I nie zwracała uwagi czy pobożni Żydzi się unoszą i bulgoczą w przekleństwach… Jezus natomiast zwraca się do niej i pokazuje ją jako przykład dla wielkiego, szanowanego pana faryzeusza. Szymon na pewno był ciekawy tego sławnego Jezusa… po co by wydawał ucztę dla Niego gdyby tak nie było? Jednak poprzestał na ciekawości. Kobieta natomiast poszła o krok dalej. Chciała poznać Jezusa bo wierzyła. Tylko miłość przemienia. Kobietę przemieniła miłość Jezusa i umiłowanie Jego przez nią. Szymon nie umiłował. Pozostał z boku z pouczeniem Jezusa. Z pewnością zawiedziony, bo nie tego się spodziewał…
Drugie spotkanie zatytułowane „Wyjdź przed drzwi twojego domu i otwórz skarb” to opowieść o Zacheuszu:
Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy widząc to szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło.
Zacheusz również był ciekaw tego Jezusa, o którym było wszędzie tak głośno . Był tak ciekawy, że mimo swojej pozycji urzędniczej wlazł po prostu na drzewo i czekał… Wyobraźcie sobie że nagle waszemu burmistrzowi w środku parady odwala i wspina się na drzewo bo nie widzi kogoś… nietypowe zachowanie, nie? No więc Jezus zapewne też nieco się uśmiechnął, ale widząc jak bardzo człowiek na drzewie oczekiwał by tylko Go zobaczyć, postanowił nagrodzić wysiłki i zaangażowanie więc niejako wprosił się w gościnę do Zacheusza. To Spojrzenie i to Spotkanie tak uderzyło w celnika, że jego życie potrzebowało natychmiastowej zmiany. Podzielił się swym majątkiem, oddał skrzywdzonym to co złupił. Podzielił się niejako sobą… a to wszystko przez co? Że wyszedł z domu i chciał spotkać się z Jezusem. Niesamowity koleś.
Ostatnie spotkanie jakie poruszyła siostra przebiegało w dość drastycznych warunkach…:
Schwycili Go więc, poprowadzili i zawiedli do domu najwyższego kapłana. A Piotr szedł z daleka. Gdy rozniecili ogień na środku dziedzińca i zasiedli wkoło, Piotr usiadł także między nimi. A jakaś służąca, zobaczywszy go siedzącego przy ogniu, przyjrzała mu się uważnie i rzekła: I ten był razem z Nim. Lecz on zaprzeczył temu, mówiąc: Nie znam Go, kobieto. Po chwili zobaczył go ktoś inny i rzekł: I ty jesteś jednym z nich. Piotr odrzekł: Człowieku, nie jestem. Po upływie prawie godziny jeszcze ktoś inny począł zawzięcie twierdzić: Na pewno i ten był razem z Nim; jest przecież Galilejczykiem. Piotr zaś rzekł: Człowieku, nie wiem, co mówisz. I w tej chwili, gdy on jeszcze mówił, kogut zapiał. A Pan obrócił się i spojrzał na Piotra. Wspomniał Piotr na słowo Pana, jak mu powiedział: Dziś, zanim kogut zapieje, trzy razy się Mnie wyprzesz. Wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał.
Należy opłakiwać brak miłości brzmiał tytuł… No i rzeczywiście Piotrowi trzeba było przyznać, że nieźle wszystkich wystawił … Uczniowie poukrywali się tak, żeby i ich nie złapano, a ten na legalu sobie podszedł do ogniska na dziedzińcu domu najwyższego kapłana, gdzie powiedli Jezusa i pogrzał się przy ognisku… Nieźle się ustawił, nie? Nagle pojawia się jakaś służąca, która i tak nic by mu nie zaszkodziła i oskarża Go o to że był z Jezusem. Piotr natomiast mówi że Jezusa nie zna – wypiera się Go, bo przecież lepiej grzać sobie ręce… Potem ktoś mówi, że przecież był Jego uczniem. I tu Piotr wypiera się apostołów... Na końcu wypiera się samego siebie twierdząc że nie jest Galilejczykiem… I nagle pieje kur. Tak jak zapowiedział Mistrz… I Piotr zapłakał… Bo przecież właśnie sobie uświadomił jak niewielką miłością darzył to wszystko, że tak łatwo się zaparł. Na dodatek jeszcze zobaczył wyprowadzanego Jezusa, pochwycił Jego Spojrzenie… i zrobiło mu się jeszcze gorzej. Łaził z Nim i całą resztą przez pół Palestyny i teraz się okazało że tak łatwo porzucił wszystkich którzy go miłowali… Ha! A co musiał pomyśleć gdy usłyszał że Jezusa nie ma w grobie… „No to teraz mi się dostanie…” zrozumiał że Jezus zmartwychwstał i pierwsze co, to pewnie przyjdzie ukarać zdrajców… Ale Jezus daje mu szansę na to aby się zrehabilitować i jeszcze za to daje mu w opiekę cały Kościół. Za co? – ktoś zapyta… za miłość, która dojrzała.
Wszystkie te osoby doświadczyły niesamowitej przemiany. A to wszystko dzięki temu że w oczach Jezusa każdy jest drogi. On na każdego patrzy z miłością, z czułością... czasem z bólem, że ranimy go naszym brakiem miłości, czasem z wyczekiwaniem... ale przez to właśnie Spojrzenie każdy z nas może nabrać wartości. Każdy z nas może pod wpływem tego Spojrzenia wydobyć z siebie skarb ukryty w nas samych. Jedyne co musimy zrobić to najpierw odnaleźć to Spojrzenie [inne dla każdego z nas] i potem pozwolić mu działać... Własnie, ostatnie zdanie z Podręcznika Przemiany to cytat z księgi Jeremiasza - Jr 18, 1-12, i morał: „Pozwól że Ja Cię ukształtuję”. Dajmy szansę sobie i Jemu aby na nas Spojrzał z miłością i tym spojrzeniem i tą miłością nas przemienił… Tak jak glina w rękach garncarza może przybrać różny kształt i mieć różne przeznaczenie tak i my gdy poddamy się działaniu Boga otrzymamy właściwy dla nas kształt. Skąd pewność że garncarz niczego nie zepsuje? No cóż… nie jeden garnek już ulepił i raczej ma doświadczenie w te klocki. Gdy siostra poruszyła ten temat, zastanowiłem się jakim naczyniem mógłbym być… I chyba mam. Garncarz wziął standardową piędź gliny i zaczął tworzyć na kole garncarskim kształt. Okazało się że akurat ta porcja jest szczególnie plastyczna i kowalna, więc można z niej zrobić bardzo duże i pojemne naczynie… W miarę jak naczynie się powiększało trzeba było dokładać więcej gliny, aby konstrukcja nie okazała się zbyt cienka. W pewnym momencie garncarz nie mógł już dokładać nic więcej od siebie, bo by mu nie starczyło na więcej naczyń, ale osoba, dla której owe naczynie miało być wykonane przyniosła jeszcze trochę gliny, którą zdobyła/wykopała/kupiła/dostała. Garncarz zadowolony dołożył tę część i mógł dalej tworzyć… Jestem chyba bardzo dużym naczyniem, ciężkim naczyniem, niełatwym do przenoszenia, ale napełnionym wieloma rzeczami, niektóre są prozaiczne a niektóre dość oryginalne… Jest jednak mały problem przy przenoszeniu lub próbie zmiany… Bo jak tu taki wielki gar przenieść lub zmienić jego kształt. Wiele ludzi się zniechęca już samym tym… Natomiast każde takie rekolekcje to jak dodanie nowej porcji gliny, nowy wzór, nowy ornament.
Wszystkie te osoby doświadczyły niesamowitej przemiany. A to wszystko dzięki temu że w oczach Jezusa każdy jest drogi. On na każdego patrzy z miłością, z czułością... czasem z bólem, że ranimy go naszym brakiem miłości, czasem z wyczekiwaniem... ale przez to właśnie Spojrzenie każdy z nas może nabrać wartości. Każdy z nas może pod wpływem tego Spojrzenia wydobyć z siebie skarb ukryty w nas samych. Jedyne co musimy zrobić to najpierw odnaleźć to Spojrzenie [inne dla każdego z nas] i potem pozwolić mu działać... Własnie, ostatnie zdanie z Podręcznika Przemiany to cytat z księgi Jeremiasza - Jr 18, 1-12, i morał: „Pozwól że Ja Cię ukształtuję”. Dajmy szansę sobie i Jemu aby na nas Spojrzał z miłością i tym spojrzeniem i tą miłością nas przemienił… Tak jak glina w rękach garncarza może przybrać różny kształt i mieć różne przeznaczenie tak i my gdy poddamy się działaniu Boga otrzymamy właściwy dla nas kształt. Skąd pewność że garncarz niczego nie zepsuje? No cóż… nie jeden garnek już ulepił i raczej ma doświadczenie w te klocki. Gdy siostra poruszyła ten temat, zastanowiłem się jakim naczyniem mógłbym być… I chyba mam. Garncarz wziął standardową piędź gliny i zaczął tworzyć na kole garncarskim kształt. Okazało się że akurat ta porcja jest szczególnie plastyczna i kowalna, więc można z niej zrobić bardzo duże i pojemne naczynie… W miarę jak naczynie się powiększało trzeba było dokładać więcej gliny, aby konstrukcja nie okazała się zbyt cienka. W pewnym momencie garncarz nie mógł już dokładać nic więcej od siebie, bo by mu nie starczyło na więcej naczyń, ale osoba, dla której owe naczynie miało być wykonane przyniosła jeszcze trochę gliny, którą zdobyła/wykopała/kupiła/dostała. Garncarz zadowolony dołożył tę część i mógł dalej tworzyć… Jestem chyba bardzo dużym naczyniem, ciężkim naczyniem, niełatwym do przenoszenia, ale napełnionym wieloma rzeczami, niektóre są prozaiczne a niektóre dość oryginalne… Jest jednak mały problem przy przenoszeniu lub próbie zmiany… Bo jak tu taki wielki gar przenieść lub zmienić jego kształt. Wiele ludzi się zniechęca już samym tym… Natomiast każde takie rekolekcje to jak dodanie nowej porcji gliny, nowy wzór, nowy ornament.
Wracając do tematu głównego. Zaraz po podręczniku przemiany rozważyliśmy jak przeżywać Mszę Świętą, a towarzyszyły nam słowa „et introibo ad altare Dei…” część modlitwy ministranta po łacinie: „i przystąpię do ołtarza Bożego”. Za chwilę nastąpił wspaniały obiad. A zaraz po nim chwila wolnego na przygotowanie się do sakramentu pojednania. Przeszliśmy znów do kaplicy i modląc się Koronką [była 15.00], śpiewem i Słowem Bożym oczekiwaliśmy na spowiedź. Nie było nas dużo w kolejce, ale okazało się że jeden ksiądz nie starczy, ponieważ to było bardzo ważne i powiedziałbym dogłębne spotkanie. Nie powinno nikogo dziwić że niektórzy potrzebowali całej godziny na pojednanie. Powstało pewne napięcie, bo zarówno my jak i spowiednicy spieszyli się na Mszę, lecz wyrobiliśmy się w spokoju wszyscy i zaraz po spowiedzi udaliśmy się prosto do kościoła [ja zahaczyłem jeszcze o dom w celu wzięcia alby by służyć do Mszy – nie mówiłem że jestem lektorem? No to mówię].
Po Mszy zjedliśmy kolację i przystąpiliśmy do tajemniczego z nazwy punktu – mianowicie kartografii. O co chodziło? Mieliśmy narysować mapę nas samych. Zabawić się w geografa własnej osobowości, przewodnika po naszych terenach. Mapy były różne. Od tradycyjnych kopczykowo-sygnaturowych po kolorowe abstrakcje. Co było na mojej? Narysowałem duuużą połać lądu. Przez mniej więcej środek biegły góry… Dość szerokie i strome góry tylko w dwóch miejscach było ich mniej – jakby pewne przesmyki… Za górami było moje państwo. Ciągnęło się ono szeroko od zimnej północy, po cieplutkie południe. Stolica znajdowała się na wysuniętym cyplu w połowie państwa. Na brzegu było pełno malowniczych plaż, interesujących miast, ciemnych lasów… Niestety to państwo kiedyś było większe… czemu? Pojawili się najeźdźcy, którzy odebrali część terytorium, spustoszyli parę miast i mimo walk nie udało się tego odzyskać. Zaatakowali w miejscu gdzie był najdogodniejszy przesmyk, lecz w moim państwie zostało wszystko co najlepsze, choć żal było mi tych utraconych terenów, najważniejsze rzeczy zatrzymałem i wycofałem się jeszcze bardziej w głąb terytorium, ku portom. Z portów lubię zapuszczać się coraz dalej na morze… by poszukiwać lądu, na którym jest Jego Obecność i Jego Nagroda. Do portów ponadto często też przybywają statki z krajów zaprzyjaźnionych, lecz najlepszą drogą do poznania całego bogactwa mojego kraju jest droga przez góry… ciężka i trudna, ale za to jakie widoki! I jaki kawał kraju można zwiedzić i poznać. To w sumie jest jedyna droga aby w pełni polubić moje państwo i zachwycić się wszystkim co ma do zaoferowania…
Taa… dobra Kamil skończ już z tymi górnolotnymi wypowiedziami o samym sobie…
Taa… dobra Kamil skończ już z tymi górnolotnymi wypowiedziami o samym sobie…
Kończę więc górnolotne wypowiedzi o samym sobie i kieruję notkę ku zakończeniu. Niedziela rozpoczęła się Mszą Świętą, po której nastąpiła dłuższa chwila rozmów na tematy przeróżne… a w ich czasie przygotowaliśmy tort dla Patrycji, która właśnie obchodziła 16 urodziny. Nastąpiła ogólna wesołość i roztargnienie, życzenia i ściskania… lecz siostry jak zwykle czujne powiedziały, że za niedługo spotkamy się na końcowej adoracji. I znów przybyliśmy do kaplicy. W celu zagłębienia się jeszcze raz w siebie i odkrycia na nowo. W atmosferze modlitwy, skupienia, i gitary niejedna z dziewczyn wybuchła szczerymi łzami i wzruszeniem… Ale cóż to jest pół godziny? Zleciało jak z bicza i już poproszono nas na obiad. A po obiedzie ostateczne podsumowanie… Wymiana numerów i maili… Podziękowania, pożegnania… sprzątanie… i… tak właśnie tak. … Koniec. Bo rekolekcje muszą się skończyć abyśmy to, co z nich wynieśli, mogli zastosować w naszym życiu.
Dzięki Wam wszystkim: s. Asia, s. Mirka [za poprowadzenie reko i nas samych], siostry z Tłuszcza [za gościnę i obiadki],Kat, Mad, Marysia, Monia, Edzia, Marta, Paula, Gosia, Marta, Paulina, Ala, Patriszia (chrumk), Nat, Piotrek, Marcin, Michał.
A Bóg widział, że wszystko do czego doprowadził było bardzo dobre.
A Bóg widział, że wszystko do czego doprowadził było bardzo dobre.