wtorek, 22 marca 2011

Drogi jesteś w moich oczach, nabrałeś wartości i Ja Cię miłuję

Uwaga. Ta notka oprócz tego, że jest długa, naszpikowana jest wiarą katolicką i różnymi rzeczami związanymi z emocjami i uczuciami... jeśli masz coś przeciwko to nie czytaj... albo przeczytaj, może da Ci to coś dobrego.

Dobre podsumowanie rodzi się po jakimś czasie. To jest chyba ten czas, aby napisać o rekolekcjach wielkopostnych u Aniołów w Tłuszczu.

Tydzień, który je poprzedzał był dla mnie... przytłaczający. Czym? Głównie ekonomią. A dokładniej referatem z ekonomii politycznej [oczywiście nie zapominajmy o controllingu czy finansach II, które też mocno leżały mi na sercu]. Tydzień mijał i mijał, i jeszcze trochę pomijał, aż w końcu przyszedł piątek... No właśnie - czas zepsutego pociągu i niezdążenia na statystykę, czas referatu z ekonpolu, czas nauki Agi gry na gitarze, czas mikro II.... o Boże... No i w końcu - upragniony powrót i rekolekcje.

Wycieńczony, zmordowany, sfrustrowany i co najważniejsze - głodny [ale to nie nowość] przyszedłem prosto z pociągu, po drodze zabierając moją rodzoną siostrę. Gdy weszliśmy, od razu powitało nas gwarne zbiegowisko ludzi, każdy śmiał się, witał, coś jadł, coś pił.... ledwo wszedłem, powitany zostałem przez siostrę Mirkę, Madzię i Kasię a zaraz przez siostrę Asię i całą resztę. Od razu polecono mi coś przegryźć przepić i zaraz rozpoczęliśmy spotkanie. Najpierw jak to bywa zwykle – poznanie się nawzajem i powiedzenie paru słów o sobie. Potem na wprowadzenie nas wszystkich w nastrój skupienia i wyciszenia siostry puściły „Do kołyski” Dżemu… bardzo lubiłem tę piosenkę swojego czasu, lecz dawno już nie miałem okazji aby jej posłuchać, więc przyjąłem ją jako bardzo miłe intro do całego spotkania. W tym duchu siostry przedstawiły ramowy plan naszego spotkania i po nim udaliśmy się na Drogę Krzyżową do kaplicy. Jednak bez rzeczywistej drogi. To miała być droga każdego z nas przebyta w swoim sercu. Łagodne dźwięki gitary wydobywane przez siostrę Mirkę i uderzające rozważania podawane nam przez siostrę Joannę, pomogły na nowo odkrywać siebie, szukać w sobie rzeczy niedoskonałych, wymagających poprawienia, w Bogu i z Jego pomocą. Po tej modlitwie okazało się, że dochodzi już w pół do północy i czas iść spać. Choć tak naprawdę nikt tego nie chciał powoli ludzie zaczęli niknąć by ogarnąć się przed snem. Lecz my Tłuszczanie nie nocowaliśmy z tymi, którzy przyjechali. Mając domy niedaleko miejsca spotkań mogliśmy pozwolić sobie na nocowanie u siebie.

Dzień się skończył a ja czułem wyczekiwanie na to, co przyniosą dni kolejne. Niestety nie mogłem być od samego rana w sobotę. Przeprowadziwszy tylko te lekcje, które naprawdę musiałem [bo jak może nie wiecie udzielam korepetycji] pośpieszyłem zaraz po nich na spotkanie. Ominął mnie jeden punkt programu – mianowicie Moje Westerplatte, dlatego nie mogę napisać nic o tej części. Zdążyłem jednak na drugi punkt – Podręcznik przemiany. Były to opowieści o trzech Spotkaniach ludzi z Jezusem. O trzech Spojrzeniach Jezusa na człowieka. Pierwsze spotkanie odbyło się na uczcie jaką wydał jeden z faryzeuszów dla Jezusa. Przytoczmy Pismo:
Jeden z faryzeuszów zaprosił Go do siebie na posiłek. Wszedł więc do domu faryzeusza i zajął miejsce za stołem. A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku, i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem. Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: "Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą". Na to Jezus rzekł do niego: "Szymonie, mam ci coś powiedzieć". On rzekł: "Powiedz, Nauczycielu!". "Pewien wierzyciel miał dwóch dłużników. Jeden winien mu był pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt. Gdy nie mieli z czego oddać, darował obydwom. Który więc z nich będzie go bardziej miłował?". Szymon odpowiedział: "Sądzę, że ten, któremu więcej darował". On mu rzekł: "Słusznie osądziłeś". Potem zwrócił się do kobiety i rzekł Szymonowi: "Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i swymi włosami je otarła. Nie dałeś Mi pocałunku; a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich. Głowy nie namaściłeś Mi oliwą; ona zaś olejkiem namaściła moje nogi. Dlatego powiadam ci: Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje". Do niej zaś rzekł: "Twoje grzechy są odpuszczone". Na to współbiesiadnicy zaczęli mówić sami do siebie: "Któż On jest, że nawet grzechy odpuszcza?". On zaś rzekł do kobiety: "Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!".
Co mnie uderzyło w tej kobiecie i co potem wspomniała s. Mirka, to jej niezwykła determinacja. Była niechciana i zapewne nie dostała się na to przyjęcie bo miała zaproszenie. Ona przyszła tam trochę nielegalnie i jak już weszła to parła naprzód aż przybliżyła się do Jezusa. I nie zwracała uwagi czy pobożni Żydzi się unoszą i bulgoczą w przekleństwach… Jezus natomiast zwraca się do niej i pokazuje ją jako przykład dla wielkiego, szanowanego pana faryzeusza. Szymon na pewno był ciekawy tego sławnego Jezusa… po co by wydawał ucztę dla Niego gdyby tak nie było? Jednak poprzestał na ciekawości. Kobieta natomiast poszła o krok dalej. Chciała poznać Jezusa bo wierzyła. Tylko miłość przemienia. Kobietę przemieniła miłość Jezusa i umiłowanie Jego przez nią. Szymon nie umiłował. Pozostał z boku z pouczeniem Jezusa. Z pewnością zawiedziony, bo nie tego się spodziewał…

Drugie spotkanie zatytułowane „Wyjdź przed drzwi twojego domu i otwórz skarb” to opowieść o Zacheuszu:
Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy widząc to szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło.
Zacheusz również był ciekaw tego Jezusa, o którym było wszędzie tak głośno . Był tak ciekawy, że mimo swojej pozycji urzędniczej wlazł po prostu na drzewo i czekał… Wyobraźcie sobie że nagle waszemu burmistrzowi w środku parady odwala i wspina się na drzewo bo nie widzi kogoś… nietypowe zachowanie, nie? No więc Jezus zapewne też nieco się uśmiechnął, ale widząc jak bardzo człowiek na drzewie oczekiwał by tylko Go zobaczyć, postanowił nagrodzić wysiłki i zaangażowanie więc niejako wprosił się w gościnę do Zacheusza. To Spojrzenie i to Spotkanie tak uderzyło w celnika, że jego życie potrzebowało natychmiastowej zmiany. Podzielił się swym majątkiem, oddał skrzywdzonym to co złupił. Podzielił się niejako sobą… a to wszystko przez co? Że wyszedł z domu i chciał spotkać się z Jezusem. Niesamowity koleś.

Ostatnie spotkanie jakie poruszyła siostra przebiegało w dość drastycznych warunkach…:
Schwycili Go więc, poprowadzili i zawiedli do domu najwyższego kapłana. A Piotr szedł z daleka. Gdy rozniecili ogień na środku dziedzińca i zasiedli wkoło, Piotr usiadł także między nimi. A jakaś służąca, zobaczywszy go siedzącego przy ogniu, przyjrzała mu się uważnie i rzekła: I ten był razem z Nim. Lecz on zaprzeczył temu, mówiąc: Nie znam Go, kobieto. Po chwili zobaczył go ktoś inny i rzekł: I ty jesteś jednym z nich. Piotr odrzekł: Człowieku, nie jestem. Po upływie prawie godziny jeszcze ktoś inny począł zawzięcie twierdzić: Na pewno i ten był razem z Nim; jest przecież Galilejczykiem. Piotr zaś rzekł: Człowieku, nie wiem, co mówisz. I w tej chwili, gdy on jeszcze mówił, kogut zapiał. A Pan obrócił się i spojrzał na Piotra. Wspomniał Piotr na słowo Pana, jak mu powiedział: Dziś, zanim kogut zapieje, trzy razy się Mnie wyprzesz. Wyszedł na zewnątrz i gorzko zapłakał.
Należy opłakiwać brak miłości brzmiał tytuł… No i rzeczywiście Piotrowi trzeba było przyznać, że nieźle wszystkich wystawił … Uczniowie poukrywali się tak, żeby i ich nie złapano, a ten na legalu sobie podszedł do ogniska na dziedzińcu domu najwyższego kapłana, gdzie powiedli Jezusa i pogrzał się przy ognisku… Nieźle się ustawił, nie? Nagle pojawia się jakaś służąca, która i tak nic by mu nie zaszkodziła i oskarża Go o to że był z Jezusem. Piotr natomiast mówi że Jezusa nie zna – wypiera się Go, bo przecież lepiej grzać sobie ręce… Potem ktoś mówi, że przecież był Jego uczniem. I tu Piotr wypiera się apostołów... Na końcu wypiera się samego siebie twierdząc że nie jest Galilejczykiem… I nagle pieje kur. Tak jak zapowiedział Mistrz… I Piotr zapłakał… Bo przecież właśnie sobie uświadomił jak niewielką miłością darzył to wszystko, że tak łatwo się zaparł. Na dodatek jeszcze zobaczył wyprowadzanego Jezusa, pochwycił Jego Spojrzenie… i zrobiło mu się jeszcze gorzej. Łaził z Nim i całą resztą przez pół Palestyny i teraz się okazało że tak łatwo porzucił wszystkich którzy go miłowali… Ha! A co musiał pomyśleć gdy usłyszał że Jezusa nie ma w grobie… „No to teraz mi się dostanie…” zrozumiał że Jezus zmartwychwstał i pierwsze co, to pewnie przyjdzie ukarać zdrajców… Ale Jezus daje mu szansę na to aby się zrehabilitować i jeszcze za to daje mu w opiekę cały Kościół. Za co? – ktoś zapyta… za miłość, która dojrzała.

Wszystkie te osoby doświadczyły niesamowitej przemiany. A to wszystko dzięki temu że w oczach Jezusa każdy jest drogi. On na każdego patrzy z miłością, z czułością... czasem z bólem, że ranimy go naszym brakiem miłości, czasem z wyczekiwaniem... ale przez to właśnie Spojrzenie każdy z nas może nabrać wartości. Każdy z nas może pod wpływem tego Spojrzenia wydobyć z siebie skarb ukryty w nas samych. Jedyne co musimy zrobić to najpierw odnaleźć to Spojrzenie [inne dla każdego z nas] i potem pozwolić mu działać... Własnie, ostatnie zdanie z Podręcznika Przemiany to cytat z księgi Jeremiasza - Jr 18, 1-12, i morał: „Pozwól że Ja Cię ukształtuję”. Dajmy szansę sobie i Jemu aby na nas Spojrzał z miłością i tym spojrzeniem i tą miłością nas przemienił… Tak jak glina w rękach garncarza może przybrać różny kształt i mieć różne przeznaczenie tak i my gdy poddamy się działaniu Boga otrzymamy właściwy dla nas kształt. Skąd pewność że garncarz niczego nie zepsuje? No cóż… nie jeden garnek już ulepił i raczej ma doświadczenie w te klocki. Gdy siostra poruszyła ten temat, zastanowiłem się jakim naczyniem mógłbym być… I chyba mam. Garncarz wziął standardową piędź gliny i zaczął tworzyć na kole garncarskim kształt. Okazało się że akurat ta porcja jest szczególnie plastyczna i kowalna, więc można z niej zrobić bardzo duże i pojemne naczynie… W miarę jak naczynie się powiększało trzeba było dokładać więcej gliny, aby konstrukcja nie okazała się zbyt cienka. W pewnym momencie garncarz nie mógł już dokładać nic więcej od siebie, bo by mu nie starczyło na więcej naczyń, ale osoba, dla której owe naczynie miało być wykonane przyniosła jeszcze trochę gliny, którą zdobyła/wykopała/kupiła/dostała. Garncarz zadowolony dołożył tę część i mógł dalej tworzyć… Jestem chyba bardzo dużym naczyniem, ciężkim naczyniem, niełatwym do przenoszenia, ale napełnionym wieloma rzeczami, niektóre są prozaiczne a niektóre dość oryginalne… Jest jednak mały problem przy przenoszeniu lub próbie zmiany… Bo jak tu taki wielki gar przenieść lub zmienić jego kształt. Wiele ludzi się zniechęca już samym tym… Natomiast każde takie rekolekcje to jak dodanie nowej porcji gliny, nowy wzór, nowy ornament.

Wracając do tematu głównego. Zaraz po podręczniku przemiany rozważyliśmy jak przeżywać Mszę Świętą, a towarzyszyły nam słowa „et introibo ad altare Dei…” część modlitwy ministranta po łacinie: „i przystąpię do ołtarza Bożego”. Za chwilę nastąpił wspaniały obiad. A zaraz po nim chwila wolnego na przygotowanie się do sakramentu pojednania. Przeszliśmy znów do kaplicy i modląc się Koronką [była 15.00], śpiewem i Słowem Bożym oczekiwaliśmy na spowiedź. Nie było nas dużo w kolejce, ale okazało się że jeden ksiądz nie starczy, ponieważ to było bardzo ważne i powiedziałbym dogłębne spotkanie. Nie powinno nikogo dziwić że niektórzy potrzebowali całej godziny na pojednanie. Powstało pewne napięcie, bo zarówno my jak i spowiednicy spieszyli się na Mszę, lecz wyrobiliśmy się w spokoju wszyscy i zaraz po spowiedzi udaliśmy się prosto do kościoła [ja zahaczyłem jeszcze o dom w celu wzięcia alby by służyć do Mszy – nie mówiłem że jestem lektorem? No to mówię].

Po Mszy zjedliśmy kolację i przystąpiliśmy do  tajemniczego z nazwy punktu – mianowicie kartografii. O co chodziło? Mieliśmy narysować mapę nas samych. Zabawić się w geografa własnej osobowości, przewodnika po naszych terenach. Mapy były różne. Od tradycyjnych kopczykowo-sygnaturowych po kolorowe abstrakcje. Co było na mojej? Narysowałem duuużą połać lądu. Przez mniej więcej środek biegły góry… Dość szerokie i strome góry tylko w dwóch miejscach było ich mniej – jakby pewne przesmyki… Za górami było moje państwo. Ciągnęło się ono szeroko od zimnej północy, po cieplutkie południe. Stolica znajdowała się na wysuniętym cyplu w połowie państwa. Na brzegu było pełno malowniczych plaż, interesujących miast, ciemnych lasów… Niestety to państwo kiedyś było większe… czemu? Pojawili się najeźdźcy, którzy odebrali część terytorium, spustoszyli parę miast i mimo walk nie udało się tego odzyskać. Zaatakowali w miejscu gdzie był najdogodniejszy przesmyk, lecz w moim państwie zostało wszystko co najlepsze, choć żal było mi tych utraconych terenów, najważniejsze rzeczy zatrzymałem i wycofałem się jeszcze bardziej w głąb terytorium, ku portom. Z portów lubię zapuszczać się coraz dalej na morze… by poszukiwać lądu, na którym jest Jego Obecność i Jego Nagroda. Do portów ponadto często też przybywają statki z krajów zaprzyjaźnionych, lecz najlepszą drogą do poznania całego bogactwa mojego kraju jest droga przez góry… ciężka i trudna, ale za to jakie widoki! I jaki kawał kraju można zwiedzić i poznać. To w sumie jest jedyna droga aby w pełni polubić moje państwo i zachwycić się wszystkim co ma do zaoferowania…
Taa… dobra Kamil skończ już z tymi górnolotnymi wypowiedziami o samym sobie…

Kończę więc górnolotne wypowiedzi o samym sobie i kieruję notkę ku zakończeniu. Niedziela rozpoczęła się Mszą Świętą, po której nastąpiła dłuższa chwila rozmów na tematy przeróżne… a w ich czasie przygotowaliśmy tort dla Patrycji, która właśnie obchodziła 16 urodziny. Nastąpiła ogólna wesołość i roztargnienie, życzenia i ściskania… lecz siostry jak zwykle czujne powiedziały, że za niedługo spotkamy się na końcowej adoracji. I znów przybyliśmy do kaplicy. W celu zagłębienia się jeszcze raz w siebie i odkrycia na nowo. W atmosferze modlitwy, skupienia, i gitary niejedna z dziewczyn wybuchła szczerymi łzami i wzruszeniem… Ale cóż to jest pół godziny? Zleciało jak z bicza i już poproszono nas na obiad. A po obiedzie ostateczne podsumowanie… Wymiana numerów i maili… Podziękowania, pożegnania… sprzątanie… i… tak właśnie tak. … Koniec. Bo rekolekcje muszą się skończyć abyśmy to, co z nich wynieśli, mogli zastosować w naszym życiu.

Dzięki Wam wszystkim: s. Asia, s. Mirka [za poprowadzenie reko i nas samych], siostry z Tłuszcza [za gościnę i obiadki],Kat, Mad, Marysia, Monia, Edzia, Marta, Paula, Gosia, Marta, Paulina, Ala, Patriszia (chrumk), Nat, Piotrek, Marcin, Michał.
A Bóg widział, że wszystko do czego doprowadził było bardzo dobre.

niedziela, 13 marca 2011

Co się komu należy

Uwaga. Ta notka zawiera pojęcia związane z matematyką. Jeśli jesteś ograniczonym humanistą... trudno. Jeśli jesteś otwartym i wykształconym humanistą, nie będziesz mieć problemów :)

Ta myśl tkwiła we mnie dłuższy czas, niestety nie mogłem jej do końca sprecyzować, nadać jej widzialnego kształtu słownego bez utracenia znaczenia, lub bez zniekształcenia go. Szukałem wymyślnych metafor, porównań, przykładów i ciągle wychodziło mi nie tak jak trzeba... Aż w końcu z nieba chyba wprost spadło mi to skojarzenie. Na początek może mały ustęp ze Świętej Księgi:

Jezus opowiedział swoim uczniom tę przypowieść: Pewien człowiek, mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: "Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem". Rzekł mu pan: "Dobrze, sługo dobry i wierny. Byłeś wierny w niewielu rzeczach, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana". Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: "Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem". Rzekł mu pan: "Dobrze, sługo dobry i wierny. Byłeś wierny w niewielu rzeczach, nad wieloma cię postawię; wejdź do radości twego pana". Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: "Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność". Odrzekł mu pan jego: "Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. 
[Mt 25, 14-29]

Pismo Święte daje nam bardzo dobry model zachowań ludzkich. Model poliinterpretowalny [nie jestem pewien czy takie słowo istnieje]. Model powiedziałbym dość kontrowersyjny. Czemu? Gdy byłem małym chłopcem i słyszałem ten fragment podczas Mszy Świętej trochę mnie oburzało czemu ten który miał pięc talentów i je pomnożył [przez co miał 10] dostaje na końcu jeszcze jeden talent sługi gnuśnego... A dlaczego nie ten co miał cztery? Jemu by się bardziej przydały... Dziś gdy jestem już większym chłopcem doskonale rozumiem przesłanie tej przypowieści.

Aby pełniej zobrazować to, co chcę wyrazić, skomplikujmy trochę model jaki daje nam Ewangelia. Tutaj się ujawni moja ekonomia i to czego mnie na niej uczą... Załóżmy że każdy człowiek przy urodzeniu może dostać pewną ilość talentów. Ich liczba niech należy do zbioru {1, 2, 3, 4, 5}. Każdy człowiek może wybrać pewien poziom swojej zdolności do rozwijania talentów i ten mnożnik należy do puli {1, 2, 3}. Jest jednak pewien warunek: im wyższy mnożnik rozwoju, tym większy wysiłek i trudności z tym związane. Czyli dla przykładu: Weźmy trzy osoby. Jedna dostała 5 talentów i wybrała mnożnik = 3 czyli może ona osiągnąć bardzo wiele, ale będzie musiała liczyć się z tym, że będzie miała trudną drogę, ale nagroda na końcu [w szególności u Pana] będzie ogromna. Druga dostała 3 talenty i wybrała mnożnik = 2, a więc na końcu będzie miała wynik równy 6 osiągnięty przeciętnym wysiłkiem. W końcu ostatnia osoba dostaje jeden talent i wybiera mnożnik = 1. Zostaje z tym jednym talentem do końca... Oczywiście nie chcę tu zmieniać Słowa Bożego, chcę na Jego podstawie przedstawić moją myśl. Tymczasem, czy rozumiecie o co mi chodzi w moim modelu? Pięknie :). Na sam koniec wprowadźmy dwie ostatnie zmienne, które odgrywają ważną rolę w moim modelu, a mianowicie: pierwsza to zazdrość. Brzmi złowieszczo. I tak powinno być, bo ona tutaj nam nieźle napsuje. Zazdrość tym większa im więcej jest osób dookoła nas, które mają większą ilość talentów/większy mnożnik niż my. Druga z nich to współczynnik spełnienia. Im wyższy wybraliśmy mnożnik i im więcej osiągamy efektów tym współczynnik jest większy. Większy współczynnik daje nam siłę by trwać dalej na naszej trudnej drodze, by dzielić się naszymi darami z innymi i dawania ludziom szczęścia. Mam nadzieję, że przedstawiłem to w miarę zrozumiale.

A teraz do rzeczy. Historyjka. Weźmy osobę, która została obdarowana przez Boga hojnie. Dostała 5 talentów i w miarę jak rozwijała się wybrała mnożnik na poziomie 3. Osoba ta wyróżniała się niestety w swoim środowisku. Otaczały ją osoby, które dostały mniej talentów niż ona albo nawet tyle samo talentów co ona, ale wybrały mniejsze poziomy mnożnika. Im bardziej nasz bohater pracował nad rozwojem swoich talentów, tym większą odczuwał radość z tego zo robi i tym bardziej chciał dzielić się tym co ma z innymi [działa tu oczywiście współczynnik spełnienia]. Jednocześnie otoczenie które wybrało mniejsze nakłady pracy coraz bardziej się irytowało tym, że nasz bohater odstaje od innych. Rosnął u nich poziom frustracji, że oni uzyskują mniejsze nakłady. Im mniejszą kombinację talentów i mnożnika ktoś miał tym większy był poziom jego zazdrości. W końcu środowisko postanowiło odizolować się od wyróżniającej się jednostki w celu zminimalizowania swojej fristracji. Nasz bohater jednak nie zrażony niczym dalej ciężko pracował nad rozwojem. Zaczął również dzielić się tym co ma z innymi. Ludzie zrozumieli to jednak opacznie. Według nich był to akt wywyższenia się, pokazania się jaki nasz bohater jest lepszy niż cała reszta. Ich poziom frustracji jeszcze bardziej wzrósł. W końcu środowisko w jakim żył nasz bohater zmieniło taktykę i zamiast odizolowywać się od niego, zaczęło obcować z nim, ponieważ wynikały z tego różne korzyści. Jedną z nich była na przykład możliwość skorzystania z osiągnięć naszego bohatera i wykorzystania ich do pomnożenia swojej ilości talentów dużo mniejszym wysiłkiem [bo przecież nasz nieprzeciętny osobnik sam chciał dzielić się tym]. Pojawił się w końcu inny osobnik z dość małą kombinacją. Dostał dwa talenty i wybrał mnożnik = 2. Sfrustrowany powodzeniem bohatera tej opowieści zaczął najwięcej czerpać z tego czym bohater się dzielił. Najpierw pomnożył to co sam miał. Lecz nie było to satysfakcjonujące. Chcąc ciągle więcej zaczął żerować na talentach naszego bohatera. Gdy nasz bohater to zobaczył niepomiernie się zdenerwował. Odizolował się od pasożyta i pozostawił go samemu sobie. Całe społeczeństwo to widząc zaczęło szemrać między sobą że to niesprawiedliwe, że nasz bohater ma tak dużo talentów a pasożyt [oczywiście onie go tak nie nazywali] tak mało. Że bohater powinien oddać mu część talentów, albo co najmniej nadal pozwolić na używanie jego talentów. Mówili, że bohater jest samolubny i że rzeczywiście nie warto było się z nim zadawać, bo rzeczywiście wygląda na to, że on sam chce być najlepszy... Nasz bohater cierpiąc w samotności nadal pracował nad swoimi talentami, ale stał się ostrożniejszy. Już nie ufał innym jednostkom, ale jednocześnie trawił go wielki żal bo nie mógł nikomu pomóc i podzielić się tym co ma bez narażania się na wyśmianie, złość i odrzucenie. Pasożyt natomiast nasyciwszy się swoimi talentami zaczął ich używać tak jakby od samego początku miał ich dużo i wypracował wszystko swoją pracą.
Tu skończę historyjkę i przejdę do wniosków...

Jako ludzie, którzy tworzą społeczestwo jesteśmy naprawdę, niesamowicie, bezgranicznie okrutni i niesprawiedliwi. Większość z nas albo cigle czegoś komuś zazdrości, albo nie może pogodzić się ze szczęściem kogoś innego. Ale nie poprzestajemy na tym. O nie. My chcemy być jak ci fajniejsi. Natomiast zamiast wybierać większy trud, my wybieramy zagrania nieczyste, żerujemy na kimś udając życzliwych, a jak się ktoś orientuje udajemy głupich albo skrzywdzonych. Ha a cała reszta żałuje nas że jesteśmy tacy pokrzywdzeni i jednocześnie oburza się postawą ludzi, którzy tak mogli nas potraktować.
Prawdziwy szacunek należy się osobom które mimo trudów, przeciwności losu i innych ludzi dalej idą i się rozwijają i mimo tego chcą się dzielić [nie mylić z "pozwalać żerować"]. Ludziom, którzy pasożytują na pracy drugich należy się pogarda i potępienie.

Wracając do Ewangelii, teraz już wiem dlaczego gnuśnemu odebrali talent a dali go temu który miał najwięcej. Ten pierwszy był kompletnym leniem i kawałem [tu powinno być niezbyt cenzuralne słowo, ale sie od tego powstrzymam]... drugi natomiast ciężko pracował, miał więcej do udźwignięcia niż sługa z dwoma talentami. Musiał rozwinąć aż pięć talentów, przez co miał trudniejsze zadanie... Im trudniejsza walka tym większe zwycięstwo.
Tu kończę i zawieszam temat do prywatnego pochylenia się nad problemem.
Do przeczytania niedługo.

czwartek, 10 marca 2011

Coś lżejszego

Po burzliwym temacie szczerości i jeszcze bardziej gromogennych rozmowach w realu doszedłem do wniosku, że tutaj umieszczę coś lżejszego, choć jednak mimo wszystko na tematy damsko-męskie:

Czesław Śpiewa - O tych w Krakowie.

Niesamowita piosenka, niesamowity artysta, niesamowity tekst.
Cóż jesteśmy my panowie bez Was drogie panie... i cóż Wy możecie zdziałać bez nas?
Aby wszystko było jak powinno potrzeba nam być razem.
I stać nas na miłość dłuższą niż tydzień... każdego z nas i każdą z Was.
I będę w to wierzył choćby nie wiem co.
Do usłyszenia ;)

poniedziałek, 7 marca 2011

Na dzień kobiet

No właśnie z tej okazji, życzę wszystkim kobietom, małym i dużym; samotnym i zwiazanym; oszałamiająco pięknym i po prostu pięknym; odważnym i i tym mniej; blondynkom i nie-blondynkom; wojującym feministkom i kurkom domowym; matkom, żonom i kochankom, córkom i siostrom... no właśnie życzę Wam stylu [a nie: "miniówa - i jestem fajna"], kobiecości [nie: glans & heavy metal], słownictwa [nie: joł ziom... ja też cię loffciam], charakteru [a nie czterech na miesiąc], pieniędzy [żeby nie było że kochacie nas tylko za nie], wymagań [nie kochajcie tylko za naszą wątpliwą słodycz], kultury [a nie krzyczenia na cały przedział jakiego <cytat>wykurwistego kolesia widziałam</cytat>], zaradności [byście się nie bały pajęczyny], no... w sumie to wałśnie chwilowej niezaradności [nie, nie poradzicie sobie z kombajnem widząc go pierwszy raz w życiu], pozytywnych stereotypów [żebyście wiedziały, że wciąż niektórzy mężczyźni ustępują Wam w drzwiach i są skłonni kupić Wam kwiaty bez okazji], ciekawego życia [które nie ogranicza się do jednego spaceru na tydzień i zakupów w najbliższym hipermarkecie], zmysłowości [dbajcie żebyście nie wyglądały jak młode żuleczki], zaangażowania [tego kwiatu nie jest wcale pół światu, szczególnie że nas jest mniej niż Was], szczerości [mówcie co Wam leży na sercu i duszy]...
Bądźcie szczęśliwe.

Szczerość

Dziś zatrzymuje się nad pozornie prostym problemem, który zaintrygował mnie dosłownie dziś. Nie ważne okoliczności w jakich rodziły się moje przemyślenia, ale muszę podziękować za nie pewniej kobiecie, która niech na razie pozostanie anonimowa.

To straszne, ale im dłużej sie nad tym zastanawiam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że ludzie bezczelnie kłamią, mijają się z prawdą, mówią półprawdę, lub tylko zerkają na nią ukradkiem... Nawet między ludźmi, którzy niby się przyjaźnią nie ma w wielu wypadkach prawdy, a co dopiero między ludźmi, któzy się kompletnie nie znają... Najczęstszą chyba formą zatajania jest nieszczerość i to nad nią chcę się dziś szczególnie zatrzymać.

Pierwsze moje pytanie: czemu służy bycie nieszczerym wobec drugiej osoby, nie ważne znajomej czy nie [oczywiście bardziej nie mogę się nadziwić sytuacji kiedy nieszczere są wobec siebie osoby pozornie bliskie]. Czy służy to zbliżeniu? Chwilowo pewnie tak. Wyobraźmy sobie sytację, że powiedzmy naciągniemy lekko prawdę aby kogoś nie urazić czy nie zranić... no dobra i co dalej? Komu jest lepiej? Czy aby na pewno osobie przez nas okłamywanej, czy może raczej nam samym, bo nie musimy stawiać czoła trudnej rozmowie czy sytuacji... Uwaga! To tylko chwilowe odkładanie problemu na później. Prędzej czy później i tak wszystko wychodzi. "Nie ma nic zakrytego co by nie miało być ujawnione" mówi Pismo Św. Ha, nawet im dłużej coś się ukrywa, tym mniej przyjemnie to coś dla obu stron zostanie ujawnione.

Nie chcę wyjść na jakiegoś mądrzyciela i egocentryka, ale ja staram się zawsze mówić prawdę. Różnie mi to wychodzi, ale tak zostałem wychowany, że prawda jest podstawą właściwego życia. Bardzo mnie frustruje i jednocześnie mocno dotyka, gdy ludzie zamiast starać się rozmawiać ze mną, dyskutować, zakładają że jestem okrutną i wredną osobą z tego powodu. Nie raz mi się dostało, że nigdy nie będę miał przyjaciół, bo się za bradzo rządzę, że nie warto mi mówić o ważnych rzeczach, bo potem mogę użyć słów przeciwko komuś. Przez moją szczerość ludzie mi nie ufają, rzadko ze mną rozmawiają na ważne tematy, ba [sic!] nawet nie mówią mi wprost tego co o mnie sądzą. Udają że wszystko jest ok, a jak przychodzi co do czego to się okazuje, że jednak nie myślą o mnie zbyt dobrze... Co więcej, trwają w takiej pozie licząc, że nic nie widzę i może nie będzie musiało dojść do konfrontacji ergo: ich brak szczerości nie wyrządzi nikomu nic złego bo i tak zainteresownay się nie dowie. Otóż wszystkim, którzy tak o kimkolwiek sądzą ogłaszam wszem i wobec: Jeśli masz coś do kogoś, to choćbyś nie wiem jak się starał/starała, nie ukryjesz tego. Pamiętaj, że obserując sam/sama jesteś obserwowany/obserowowana. Gdy masz coś przeciwko jakiejś osobie, jak najszybciej wyjaśnij tę sprawę. Ulżysz sobie i innym. Szczerość zawsze jest właściwym rozwiązaniem. Lubię porównywać prawdę do dobrego lekarstwa. Zwykle jest niestety gorzkie i ciężkie do przełknięcia. Czasem można podzielić lek na mniejsze dawki, czasem lek może mieć z mniejszającą goryczkę powłokę i nadal zachowuje swoje działanie. Tak czy inaczej dążmy zawsze między sobą do szczerości. W przeciwnym wypadku następują podziały i oddalenia często trudne do odbudowania.

wtorek, 1 marca 2011

To nie jest kraj dla studenta w potrzebie...

Tak sobie chodzę od kilku dni i zastanawiam się, o czym napisać. Widziałem przez ten czas wiele rzeczy, słyszałem też nie mało i w końcu udało mi się wyłonić kilka tematów, o których w najbliższym czasie napiszę.

Z tych kilku zdecydowałem się na ten, który mnie najbardziej zbulwersował. Kilka dni temu moja znajoma zgubiła [lub ktoś jej pomógł zgubić] portfel z dokumentami: dowodem, legitymacją studencką, kartą płatniczą... Gdy się o tym dowiedziałem, muszę przyznać, że od razu pojawiła mi się w głowie myśl: "o kurna, to się dziewczyna nabiega teraz". Jednak powstrzymałem się od wygłaszania pochopnych sądów, bo a nuż nagle coś się zmieniło... i może teraz polskie instytucje są lepiej przygotowane na takie nietypowe sytuacje... Ha, jak zwykle, próżna nadzieja śmiertelnych!

Cała przeprawa przez bagno biurokracji i [niestety] ludzkiej tępoty zaczęła się na posterunku policji [a jakże]... hm, choć ściślej rzecz ujmując... na kilku posterunkach. Koleżanka jechała linią autobusową, która kursuje Alejami Jerozolimskimi na jeden z głównych dworców autobusowych dalekobieżnych. To w tym miejskim autobusie prawdopodobnie doszło do najprawdopodobniej kradzieży [nigdy nikt nie może być pewny, ale osoba o której piszę do pochopnych i mało racjonalnych w osądach nie należy]. Gdy już po wyjściu zorientowała się że brakuje jej portfela, pospieszyła na komisariat... No i się zaczęło. Powiedzieli jej, że musi poczekać bo nie mają kadry, i że i tak będzie musiała powtórzyć zeznanie w innym posterunku, bo Aleje Jerozolimskie ciągną się przez trzy dzielnice... W tym drugim powiedzieli że też nie mają kadry i że może spróbować jeszcze w innym komisariacie. W trzecim posterunku powiedzieli jej, że też mają pilne sprawy a nowa zmiana za godzinę... jak chce to może czekać... albo jechać na posterunek policji w dzielnicy, w której mieszka... Tak więc zrobiła. Na czwartym posterunku spotkała przesympatyczną panią, która chyba nie za bardzo wiedziała co ona robi jako policjantka... Przepraszam, ale co mają znaczyć teksty w stylu "Po co w ogóle Pani przyjeżdża z taką sprawą! Kto tutaj skierował!", albo "Kradzież dokumentów trzeba zgłaszać po dwóch tygodniach!" [to nic że mamy studentkę, która bez legitymacji nie zostanie wpuszona nawet do biblioteki], albo tekst: "żeby w tym portfelu była jeszcze jakaś oszałamiająca suma pieniędzy... a to tylko dokumenty". Świadczy to o tym, że stan naszej służby policyjnej jest jeszcze gorszy, niż to jest przedstawione w kawałach, czy skeczach. I wcale nie ma tu się z czego śmiać. Nie chcę oczywiście nikomu uwłaczać, ale przyjmowanie do policji ludzi nieodpowiedzialnych, niewyedukowanych, niemyślących, i tępych godzi w prawa człowieka moim zdaniem. Jak mogę czuć się bezpieczny, skoro mam przed oczami wizję, że jakby coś [nie daj Boże] mi się stało nieprzyjemnego, to muszę zjeździć pół miasta, żeby ktoś mi łaskę zrobił i jeszcze usłyszeć od niego/niej parę podśmiewek i nieprzyjemności?

Ha, ale to był dopiero początek. Nie chcę najeżdżać na pracowników mojej uczelni, ale poziom inteligencji niektórych z nich również pozostawia moim zdaniem wiele do życzenia... Otóż moja znajoma mając wypożyczone książki w naszej bibliotece, nie mogła wejść do środka i ich oddać, ani zablokować konta bibliotecznego. Co było tego powodem? Brak legitymacji. Strażnikom zabrało dużo czasu zanim zrozumieli, że dokumenty zostały skradzione i nijak moja koleżanka nie może ich okazać. Z zablokowaniem karty płatniczej nie było większego problemu. Problem natomiast pojawił się w momencie gdy moja znajoma zapytała się czy może wyciągnąć pieniądze z konta w banku, osobiście... Otóż owszem, może. U siebie w domu. 200 km od Wawy. A jakby chciała w Warszawie to musi poczekać do środy jak będzie kierownik, i może będzie tak łaskaw ściągnąć z bazy odpowiednie dane.

Ale, ale! Jest jeszcze kochana przez wszystkich Warszawian komunikacja miejska. Koleżanka ma paragon za kartę i samą kartę też gdzieś wygrzebała. I chce aby jakoś jej uznali ten bilet, który miała wbity na legitymację... a na to babka mówi, że "nie ma zaświadczenia z policji". A przecież na policji nic jej nie dano. "No cóż to przynajmniej z dziekanatu że Pani studiuje..." mówi babka dalej... Poszła w końcu do dziekanatu, który okazał się jedyną sprawnie działającą instytucją w tej całej gmatwaninie. Legitymacja będzie za 3 dni jak się za nią zapłaci. Zaświadczenie [bzdurny wymysł ztm wg pani z dziekanatu] dostała bez problemu. Poszła znów do tego ZTM... stoi w kolejce do informacji 10 minut... po czym babka mówi: "Nie u mnie to! Do kasy z tym."... Kolejne 10 minut czekania do kasy... gdzie słyszy: "nie ma nr legitymacji na zaświadczeniu!". Nr legitymacji można pobrać z Usosweba [systemu na UW] co zajęłoby ok. 2 minut... "To co! Musi być na zaświadczeniu" - brzmiała odpowiedź.

To nie jest kraj dla studenta w potrzebie... Szczerze mówiąc, to nie jest kraj dla kogokolwiek, kto musi korzystać z wątpliwych usług służb publicznych... Ja wiem, że są pewne normy prawne, których trzeba przestrzegać [swoją drogą nie wiem jak bezgranicznie głupia osoba może wymyślać takie pokrętne przepisy], ale na litość! Przecież obowiązują nas chyba jeszcze zasady moralne! Czy nie? Czy ja jestem i z tym do tyłu? Trochę życzliwości dla studenta, który naprawdę nie wie co robić chyba by nie zaszkodziło. A tu nie dość, że rzucają nim po posterunkach, nie wierzą nigdzie gdzie pójdzie, to jeszcze każą mu biegać z durnymi świstkami, które i tak potem gdzieś się zawieruszają. Chore! Jestem bardzo ciekaw czy te wszystkie osoby czułyby się komfortowo gdyby nie siedziały sobie za biureczkiem i nie warczały na interesantów?

Czy to efekt jakiegoś powszechnego procesu zchamienia nas wszystkich, czy po prostu my Polacy jesteśmy dla siebie wredni genetycznie... nie wiem. Ale w jednym i w drugim przypadku nic nie zwalnia nas z pracy nad sobą i ciągłego kształtowania swojej kultury osobistej, która wyraża się również w tym jak odnosimy się do osób, których kompletnie nie znamy [nie mówię o przypadku kiedy rzeczywiście mamy powody, by darzyć niekoniecznie serdecznym uczuciem osoby, które wyrządziły nam krzywdę - choć i tu są granice]. Czy tak trudno przyjmować kogoś z nastawieniem, że nie jest on złodziejem/gwałcicielem/potencjalnym mordercą naszych dzieci? Znam osobiście ludzi, u których nowo poznane osoby startują z notą ujemną, a swoim zachowaniem mogą sprawić że ocena wzrośnie. Czy to ma jakikolwiek sens? Idąc dalej. Gdzie w tym wszystkim przykazanie miłości? Wychodzi na to że strasznie nie lubimy siebie samych skoro jesteśmy tacy wredni i nieczuli dla innych. Zostawiam tę kwestię do osobistego rozważenia przez każdego czytelnika.