Uwaga ta notatka jest bardzo długa. Jeśli nie masz czasu przeczytaj ją kiedy indziej.
Od Bożego narodzenia mam dość szalony czas. Najpierw tuż przed świętami pojechałem na rekolekcje adwentowe do Sióstr od Aniołów do Konstancina. Tam spotkałem się z ludźmi po części mi znajomymi. Był Sierpc i Tłuszcz, i Konstancin trochę i Ukraina... Jednym słowem ludzie zewsząd. Z większością po części już się znałem, ale na tym wyjeździe wszystkich Poznałem. Odnalazłem ludzi którzy stali się dosyć ważnym fragmentem mojego życia. Po reko były święta... ja sobie już tak myślałem, że pewnie jak zawsze, tylko ja i najbliższa rodzinka. Jak zwykle myślałem powstaną... ekhm... pewne napięcia przedświąteczne, które prysną przy opłatku [i tak w sumie się działo]. Aż tu nagle Kasia [moja przyszywana siostra - ha i całkiem dobry krawiec skoro umie przyszywać takie oporne jednostki jak ja] dzwoni do mnie "że wpadaj na pierwszy dzień świąt do nas. Jest Paweł [niesamowity gość z korzeniami polski-ukraińskimi] i przyjeżdżają do nas Kwiatuszki [to akurat rodzina Kasi, która tez była na reko] i w ogóle brakuje nam Ciebie". No więc ja lekko zszokowany bo jeszcze mi się nie zdarzyło coś takiego [wiem wiem powiecie, że dziwak i w ogóle... ale nie mówcie :)] no ale jak siostra mnie zaprasza to czemu nie.
Potem to już się potoczyło lawinowo i od świąt do sylwestra codziennie świętowaliśmy gdzieś indziej. A to u Czajeczek [Kasi i jej siostry Mad] a to u Kwiatuszków [Monia, Edzia, Janek] a to u Ołdaków [Paula, Marta, Kuba]. Potem wspólny sylwek, potem after, potem jeszcze ending. Lecz wszystko co dobre kiedyś się kończy. Mianowicie zaczęły się znów nasze szkolne obowiązki i trzeba było przerwać nasze spotkania. Potem studenci zaczęli chorować na chorobę zwaną sesją. Dla mnie miała okropnie intensywny przebieg ale jakoś ją zwalczyłem :D. Jako że nie mogliśmy wszyscy tak długo wytrzymać bez siebie... no to co? IMPREZA POSESYJNA musi być. Tak więc znów spotkaliśmy się w naszym rozwrzeszczano-rozgadanym gronie. Zaczęło nam brakować również Konstancina, a tu nagle niespodzianka! Dni skupienia dla studentów od piątku do niedzieli! "Niesamowitość" pomyśleliśmy i pojechaliśmy.
Tzn. pojechali wszyscy a ja dołączyłem. Niestety moje obowiązki to nie tylko studia ale i również korepetycje, dlatego nie mogłem pojechać w piątek. Ale w sobotę z rana wstałem o 5.00 i pełen entuzjazmu pobiegłem na pociąg... który oczywiście mi uciekł... czekałem pół godziny na następny. W wietrze, deszczu i mrozie. "Nieźle się zaczyna" pomyślałem. No ale pociąg przyjechał. Kamil przybył do Wawy, ale z Wileńskiego jeszcze daleka droga do Konstancina. Sprężałem się jak mogłem ale nie wyrobiłem się na wcześniejsze 710. Tak więc powstała mi znów dodatkowa półgodzina czekania, tym razem w otoczeniu pętli Metro Wilanowska. Mówię sobie: "nie no aż tak bardzo Nie Chcesz bym tam pojechał?" No ale zaraz podjechał mi autobus i sobie przynajmniej mogłem czekać w ciepełku.
Potem jechałem... jechałem... i "kurde-czemu-tak-daleko" jechałem. No i dojechałem. Wygramoliłem się z moją torbą i gitarą z autobusu potrącając prawie gościa, który stał przy drzwiach i chyba mu się nie spodobało, że moja gitara chce go zaatakować... no ale pani kierowczyni szybko zamknęła za mną drzwi tak więc nie dowiedziałem się co facet na mnie wykrzykiwał... chyba lepiej.
I tak dochodzimy do meritum tej notki:
DNI SKUPIENIA.
Wbiegłem prawie na furtę [tak się nazywa wejście do zakonów], zadzwoniłem w oczekiwaniu na jakąś siostrę... czekam... czekam... a tutaj mi się pojawiają Kasia i Marta. Oczywiście nie zdołałem opanować szczerzenia zębów i przez jakąś minutę witaliśmy się i gadali... no ale dziewczyny szybko mnie sprowadziły na ziemię: "Zaraz będzie medytacja, ale dla Ciebie czeka śniadanie". Już sobie myślę, że sam będę musiał coś przegryźć, gdy pojawiła się Mad. która zaoferowała mi towarzystwo dopijając jeszcze resztki porannej kawy. Zjadłem w pośpiechu [w międzyczasie dziewczyny zaniosły moje rzeczy do pokoju]. W ogóle pośpiech towarzyszył mi od samego rana i byłem... hm... dość niespokojny. Też wam się udziela to dziwne uczucie kiedy tak naprawdę wiecie, że w sumie nigdzie wam się nie spieszy, ale cały świat sądzi inaczej? No więc wtedy miałem właśnie to uczucie: sztuczny pośpiech. Szybko [no bo jak] zszedłem z Madzią do małej kaplicy, gdzie wszyscy kończyli się gromadzić, a tu nagle siostra wyskakuje z spokojniutką nutką o Duchu Świętym, rozdaje tekst medytacji, czyta Pismo Święte, przypowieść o skarbie:
Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w polu. Znalazł go pewien człowiek. Ukrył go z powrotem i bardzo uradowany odszedł. Sprzedał wszystko, co posiadał i kupił to pole.
Mt 13, 44
Wymagało ode mnie dużej porcji samoopanowania i skupienia... i wysiłku by wyciszyć się i wejść w rozmowę z Nim. Na szczęście całe otoczenie pomagało mi w tym. Powoli ustępowały wrażenia wywołane śpieszącymi się ludźmi, które wypełniły mnie przez całą podróż, kojące dźwięki gitary oraz ciszy przeplatające się z sobą w odpowiednich chwilach wprowadziły mnie w stan uspokojenia i odpoczynku. W tym momencie bardzo łatwo było się skupić na przesłaniu z Ewangelii: Jesteś darem.
Jako że mam hopla na punkcie muzyki to ten zakopany skarb wyobraziłem sobie jako przepiękną trąbkę ukrytą przez wiele lat w ziemi. Ktoś ją schował i zapomniał o niej... i ona tak sobie leżała w wilgotniej ziemi, metal rdzewiał, wyginał się, miechy się zaklinowały ustnik gdzieś zagubił, lakier zszedł... i w tym momencie przychodzi Jezus... i co on robi? Magiczną, wszechpotężną mocą swoją podnosi ziemię bo jest mu posłuszna i cudownie odnajduję trąbkę i jednym pstryknięciem palców sprawia, że jest nowa? ... ... ...
No właśnie nie! On grzebie w ziemi. Rękami. No i się w końcu dogrzebuje. I wyciąga tę pogiętą, szczezniętą, zepsutą trąbkę. Bierze małe młoteczki, śrubokręciki, sprejki z lakierem i zaczyna działać.
Najpierw będzie trochę zgrzytów i trzasków bo trąbkę trzeba rozebrać i wyprostować każdy element. W ruch idą młotki i śrubokręty, a także pewnie inne narzędzia. Trwa to wszystko trochę długo, ale Jezus chce być precyzyjny, wie że instrument jest zrobiony z opornego metalu, dlatego musi działać powoli żeby nie zniszczyć całej misternej konstrukcji... gdy już wszystko jest wyprostowane kornet zostaje skręcony. Wygląda już prawie jak dobry instrument. Jest jedynie szary, bury... widać jeszcze ślady rdzy, których nie dało się usunąć, a które mogą w przyszłości zniszczyć instrument. Teraz Jezus bierze do ręki impregnat do metalu zanurza instrument w dużym pojemniku i tak go zostawia aż płyn dotrze do najgłębszych zakamarków. Po odpowiednim czasie wyjmuje trąbkę. teraz jest już czysta... lecz nadal szarawo-brązowo-mosiężno-miedziana. Teraz czas na ostatni krok. Jezus bierze do ręki różne aerozole z lakierami do metali. I posrebrza i ozłaca; nakłada ozdobną patynę, oliwi miechy... Przykłada trąbkę do ust. Gra szeroką kadencję, od dźwięków bardzo niskich i ciemnych do wysokich i jasnych. Odkłada od ust i mówi: "Oto jest trąbka. Teraz jest dobra. Wiedziałem że była dobra już wcześniej, ale teraz jest też piękna. Teraz jej brzmienie jest przecudowne, choć takie nie było. Jej blask przyciąga, a przecież była szara. Jej konstrukcja jest solidna, a przecież była pełna rdzy. Oto instrument który brzmi harmonicznie. Widzę, że jest dobry".
Tak sobie myślałem w czasie tej medytacji, i dziękowałem że jestem właśnie taką trąbką, ciągle w serwisie naprawy instrumentów "u Jezusa".
Tak uspokojony poszedłem ze wszystkimi do naszego miejsca spotkań: sali Anioła.
Tam siostry Ala i Justyna narzuciły tempo :D. Najpierw dostaliśmy po kartce białego... głównie białego papieru. Naszym zadaniem było narysować linię przebiegu naszego życia. A więc ja matematyczny umysł narysowałem wykres z osiami czasu i współczynnika tempa wzrostu zadowolenia z życia [tu się odzywa moja ekonomia]. Zaznaczyłem trwały wzrost z punktami ważnymi dla mnie gdzie tempo szybko wzrastało lub spadało. Następnie poproszono nas o narysowanie na tej samej płaszczyźnie linii symbolizującej relacje z Nim. Ha, pomyślałem jak ja mam teraz wymyślić gdzie w mój wykres włożyć tę [mówimy w bierniku TĘ - ratujmy biernik] linię. No ale odpowiedź przyszła sama. Do wcześniejszego współczynnika dodałem współczynnik obecności Boga [bo pomyślałem że mierzymy go tą samą jednostką - szczęściowiarogodziną/zwątpinie]. Wyszło mi bardzo fajnie bo udało mi się narysować sytuację w której On sam jest moim motorem do wszelkich działań i jednocześnie paliwem powodującym stały wzrost. Chwilę po tym siostry przedstawiły nam pewną scenkę o dziewczynie, która nie wierzy we własne siły, która była popychana i odrzucona przez społeczeństwo, nawet przez rodzinę, która zwątpiła w siebie, która nie wierzyła nawet w Boga. Ciągle ktoś jej powtarzał w głowie: JESTEŚ DO NICZEGO, JESTEŚ GŁUPIA, NIE JESTEŚ GODNA MIŁOŚCI, JESTEŚ NIEPORADNA ŻYCIOWO, JESTEŚ MAŁOINTELIGENTA, NIE JESTEŚ GODNA MIŁOŚCI, NIC NIE UMIESZ ROBIĆ, DO NICZEGO SIĘ NIE NADAJESZ, NIE JESTEŚ GODNA MIŁOŚCI, JESTEŚ ZŁA, JESTEŚ NIEPOTRZEBNA, WSZYSTKIM PRZESZKADZASZ, NIE JESTEŚ GODNA MIŁOŚCI, JESTEŚ BRZYDKA, JESTEŚ GODNA LITOŚCI, NIE JESTEŚ GODNA MIŁOŚCI.
Ta miniatura bardzo mnie uderzyła. Zastanowiłem się ile razy przechodzimy obok takich ludzi, którzy potrzebują naszej pomocy w takich chwilach, a jedyne co otrzymują to więcej pogardy. Zatrzymałem się nad pewnymi rzeczami, których doświadczyłem sam. Brak mi był słów po skończonej scence, i całe szczęście, że siostry zarządziły pół godziny kompletnego milczenia i czasu dla nas i dla Niego. To było kolejne dobre uspokajające i pokrzepiające doświadczenie.
Potem przyszedł czas na małą chwilę odpoczynku i obiad, który przyjąłem jako chwilowe zbawienie i spełnienie dla mego ciała, które już dawało mi znać że nic długo nie jadłem. :P
Po obiedzie obejrzeliśmy krótkometrażowy film "Butterflies Circus". NIE-SA-MO-WI-TY. Czegoś podobnego nie widziałem jeszcze. Idealny obraz. Brakuje mi słów na opisanie tego pozytywnego uczucia, które we mnie wywołał. Jednocześnie czując się wbity w siedzenie, czułem że mogę latać...[nie nic nie było w obiedzie, co mogłoby wywołać to uczucie]. Zostaliśmy podzieleni na mniejsze grupy aby sobie sami nawzajem podyskutować na ten temat a efektem dyskusji miało być... w sumie co to miało być? Rzeźba? Jeśli tak to rzeźba dynamiczna. Raczej pantomima. Przedstawiliśmy historię dwóch motyli. Jeden wykluł się z kokonu o własnych siłach i był odporny na przeciwności losu; drugi otrzymał pomoc od człowieka i nie musiał walczyć z kokonem. Był niewpełni wykształcony i nie mógł latać ani opierać się niebezpieczeństwom. Chcieliśmy przez to wyrazić myśl z filmu: "Im trudniejsza walka, tym większe zwycięstwo".
Po wieczornej Mszy siostry przygotowały dla nas coś extra. Jako że zwykle siedzimy do późna dyskutując i debatując [oczywiście nieoficjalnie, bo oficjalnie to śpimy] siostry postanowiły, że tym razem nie będziemy rozmawiać z sobą tylko znów z Nim. Przygotowały dla nas pięciostacjową drogę w zwykłym pokoju, który już znałem z poprzednich moich pobytów w Konstancinie. Ot taki sobie zwykły pokój sypialny. Za drzwiami natomiast kryło się niezwykłe, niecodzienne doświadczenie. Była to droga. Było pięć przystanków. Była muzyka Kaczmarka. Była Jego Obecność.
Pierwszy przystanek wywołał we mnie mocne uczucie. Trzeba było spojrzeć w lustro. Ale nie tak zwyczajne. Trzeba w lustrze było odnaleźć siebie. Zobaczyć swoje wady i zalety. Zobaczyć siebie naprawdę. Zadanie trudne. Bo jak tu tak patrzeć na siebie ze wszystkimi swoimi wadami.? Nie do pojęcia... tu mi się zeszło najdłużej, ale po tym przystanku wiedziałem że dalej będzie łatwiej.
Druga stacja polegała na narysowaniu sobie swojego zdjęcia z Nim. "Jak ja to narysuję?! Ja nie umiem!". Jednak po krótkiej chwili już wiedziałem co i jak mam narysować: Siebie w Jego dłoniach, ale nie tak że on mnie trzyma i robi wszystko za mnie, nie, nie, nie. jedna ręka była trochę pode mną... asekuracyjnie, druga była nade mną tak jakby trochę parasol. Nie ograniczał mi świata. Dawał bezpieczeństwo.
Trzeci przystanek to wyrzucenie z siebie wszystkich rzeczy które nas złościły i krzywdziły. Tu się znalazło trochę tego...
Czwarta stacja kryła podarunek. List dla nas od Niego. Bardzo pocieszający, nawet mnie, który nigdy smutny nie jest [bardziej zezłoszczony niż smutny]. Super sprawa, naprawdę. :)
Piąta stacja rzucała się najbardziej w oczy. Przyciągała czerwoną kotarą i światłem. Krył się tam obraz Rembrandta van Rijna, a raczej tylko i aż jego część przedstawiająca syna marnotrawnego i jego ojca. Tutaj zadaniem było zwrócenie się do Niego jak marnotrawny syn do ojca.
Wyszedłem z bardzo pozytywnym uczuciem dobra.
W tym samym czasie gdy każdy przechodził drogę w małym pokoju, w sali Anioła reszta trwała na modlitwie, dzieleniu się Słowem i śpiewie. W między czasie do drogi również doszedł przystanek zerowy. Wszystko przez małe nieporozumienie z wchodzeniem. Gdy jeszcze Asia była na drodze, z pokoju wyszedł Paweł. W tym momencie zdecydowałem że wejdę po nim. Oczywiście później zorientowałem się że Paweł wyszedł kiedy Asia jeszcze nie wróciła. Pomyślałem, że może wyszedł w innym celu [chociaż teraz wydaje mi się to trochę nielogiczne], a że nie chciałem, żeby inne osoby czekały długo - wyszedłem. Okazało się że Paweł jest już w środku a ja...? No cóż. Posiedziałem na zewnątrz i duchowo się przygotowałem na nieznaną jescze mi wtedy drogę. Tak doszedł nam kolejny przystanek, bo każdy do końca przychodził wcześniej.
Kiedy już wróciłem z drogi siostra Justyna poprosiła mnie o to bym poprowadził śpiew, na co przystałem z wielką ochotą.
Godziny płynęły a jeszcze nie wszyscy byli na drodze. Około godziny 1.00 kiedy wszyscy już mocno przysypiali, ale jeszcze szukali Słów w Piśmie, zdarzyło mi się znaleźć fragment z Listu do Efezjan: "Obudźcie się śpiący" co wywołało ogólne radosne poruszenie :) szczególnie o tej porze :D.
...
...
...
A rano w niedzielę była Msza. :)
Po niej śniadanie.
Potem podsumowanie.
Następnie sprzątanie.
Obiad.
Pożegnania z niektórymi.
Kawka i ciacho na pożegnanie.
Spotkanie z Motylkiem :D
Pożegnanie...
... i wyjazd.
Dzięki wszystkim którzy byli!
Mad, Kat, Marta, Paweł, Piotrek, Michał, Jack, Natalia, Patrycja, Ania, Paulina, Agnieszka, Asia, Magda, Monika!
A widział Bóg, że to do czego sam doprowadził było dobre.
Amen.
Ah pardon!
Potem jeszcze z Martą Kasią Magdą i Pawłem poszliśmy na kawkę do coffee heaven.
Rozmowy, które pojawiły się tego popołudnio-wieczora zostaną mi na długo w pamięci.
Dzięki wam przyjaciele!
2 komentarze:
Kamil! Dzięki za świadectwo! A na kartce tak skromnie napisałeś... ;)
zapraszam do siebie :)
http://anielskipowiew.siostryodaniolow.pl/
Prześlij komentarz