Miałem pisać w sumie o czymś innym, ale będzie o tym, co mnie dziś zachwyciło. Wracam sobie po poprawce ćwiczeń z mikro III [nie pytajcie co to... ważne że głupie i związane z ekonomią]. Idę całkiem zmęczony po drugim dopiero tygodniu nauki i nagle patrzę na niebo. Dla uściślenia nocne już niebo. Często to robię [dlatego blog nazwałem "il regardes le ciel" = oglądający niebo], ale dziś po tym jakże nieznośnym tygodniu zmagań z siłami ekonomii, poczułem wielką przyjemność widząc, że jest na tyle przejrzyście, że w końcu widać gwiazdy.
Najpierw uściślijmy może co zobaczyłem. Gdy noc jest w miarę pogodna, to w lutym około godz. 19.00, patrząc w kierunku południowym można dostrzec taki oto obraz:
Aby uzyskać lepszą jakość kliknij na zdjęcie:
No to teraz co dokładnie widzimy:
Dość charakterystyczny kształt mniej więcej na samym południu składający się z trzech skośnych gwiazd i czterech jaśniejszych dookoła to gwiazdozbiór Oriona - wielkiego mitycznego myśliwego - syna Posejdona, który to syn chwalił się że może zabić każde stworzenie. Wściekła Artemida, która to była boginią łowów tak się na niego wkurzyła, że gdy spał, podrzuciła mu skorpiona, który go użądlił... no i Orion umarł. Ale Posejdon umieścił swego syna na nieboskłonie - na złość swojej bratanicy. Orion ma trzy bardzo jasne gwiazdy: Rigel, Betelgeuse i Bellatrix. Betelgeuse, która jest 17000 razy większa niż nasze Słońce oraz 15 razy cięższa, już nie pożyje długo... a jej koniec prawdopodobnie będzie spektakularnym wybuchem... po którym przez kilka miesięcy będzie jaśniejsza niż księżyc w pełni i widoczna nawet w dzień :) Niestety "niedługo" w astronomii znaczy tyle co "za kilka tysięcy lat". Trzecią jasną gwiazdą jest Bellatrix - gwiazda wojowniczych kobiet [na prawo od Betelgeuse].
Na lewo i nieco w dół od Oriona mamy okazję obserwować najjaśniejszą gwiazdę na nocnym niebie - niebieskawego Syriusza - najważniejszą gwiazdę w konstelacji Wielkiego Psa. Ta gwiazda była bardzo ważna dla starożytnych Egipcjan [oni nazywali ją Sothis], którzy jej pojawienie się na niebie łączyli z porą wylewów Nilu. Nawet cykl kalendarzowy [który swoją drogą mieli mocno pogmatwany] liczący 1460 lat nazwali cyklem Sothisowym. Syriusz to imię psa Oriona, który nie odstępował swego pana ani na krok, i został razem z nim przeniesiony na niebo. [Zauważyliście że J.K. Rowling użyła nazw gwiazd jako imion rodziny Blacków w Harrym Potterze? Mamy Syriusza Blacka, Bellatrix Lestrange z domu Black, mamy też Regulusa Arkturusa Blacka, czy Andromedę Tonks - też z domu Black]
Kolejne jasne gwiazdy okalają pięknym kółeczkiem Oriona. Wyżej na lewo od Syriusza mamy lekko zielonkawą gwiazdę - Procjona, który to jest najjaśniejszą gwiazdą z gwiazdozbiorze Małego Psa [a przez Egipcjan był uważany za domenę Anubisa - boga śmierci]. Wyżej i na prawo [musimy nieco zadrzeć głowę] mamy dwie jasne gwiazdy ułożone obok siebie. To dwie główne gwiazdy konstelacji Bliźniąt. Jaśniejszy Polluks i nieco mniej jasny Kastor - mitologiczni bliźniacy o skomplikowanym rodowodzie... [odsyłam do Wikipedii]. Tuż nad naszą głową znajduje się Kapella - główny punkt w Woźnicy. Kierując nasz wzrok od tej gwiazdy prostopadle do horyzontu - na lewo od Oriona zobaczymy czerwoną gwiazdę. Jest to Aldebaran, który według starożytnych był okiem niebiańskiej konstelacji Byka. Kierując nasz wzrok na prawo zobaczymy jasny samotny punkt chylący się ku zachodowi. Nie jest to gwiazda! To Jowisz - największa planeta naszego układu słonecznego, która świeci dzięki odbitym promieniom Słonecznym.
Czemu o tym piszę? Lubię oglądać nocne niebo, a szczególnie nocne niebo zimą. Widać na nim piękno stworzenia. Jako że mieszkamy na półkuli północnej, nie jesteśmy w stanie oglądać wielkiego nagromadzenia jasnych gwiazd widzianych tylko na półkuli południowej, ale za to zimą... Zimą na naszym niebie pojawia się cudowny porządek i chłodne światło gwiazd, które od wielu tysięcy lat wyznaczały rytm ludzkiego życia... Niestety ten cudowny dla mnie układ ukazuje się zimą bardzo rzadko, ponieważ od jesieni do wiosny na naszych szerokościach niebo pokryte jest zbyt często chmurami. Dlatego też tak bardzo ucieszyłem się dziś widząc że mogę nacieszyć oko tą cudowną gwiezdną harmonią [aż sobie przystanąłem i patrzyłem jak głupi w górę]. Czuć w tym przepiękny zamysł Stwórcy, który wykazał się według mnie nie lada smakiem i gustem w takim, a nie innym zaplanowaniu tego wszystkiego. Niech astronomowie mówią, co chcą o tym że niebo jakie teraz widzimy to kwestia czystego przypadku, że za 100 000 lat wszystko się zmieni i poprzestawia. Niech sobie trajkoczą, że taka to a taka gwiazda składa się z wodoru i helu i czego-tam-kolwiek-jeszcze, niech trują, że te gwiazdy tak naprawdę są miliony lat świetlnych od siebie, a to co widzimy to tylko kwestia perspektywy i przypadku. A niech gadają i milion innych rzeczy, które mi nie są przydatne!
Ja i tak będę się cieszył
że w tej konkretnej chwili,
hinc et nunc,
dano nam
oglądać
piękno.
wszechpojęty zachwyt i frustracja światem. ambiwalentność ludzkiej natury i subiektywizm poglądów. kawa i herbata... na ławie i na stole. wielość barw, mnogość brzmień. by dać upust mojej przepisaniowości
piątek, 25 lutego 2011
poniedziałek, 21 lutego 2011
Podchody i co z nimi nie tak.
Zostałem dzisiaj oficjalnie "zbesztany" przez moją koleżankę za brak nowej notatki. No tak. Zaczął się nowy semestr i Kamil nie ma czasu na zaglądanie na fejsbukę, winogrono i swojego bloga. Jedynym portalem, na który mogę sobie pozwolić jest pseudospołecznościowy UsoswebUW.
Chciałbym wspomnieć dziś o chyba trochę trudnym temacie. Od pewnego czasu intrygują mnie zmiany, jakie zaszły w podejściu do tak zwanego "podrywu" i jego pochodnych. Doszedłem do wniosku, że chyba zostałem w poprzedniej epoce z poglądami na ten temat. Codziennie obserwuję, że rolę od dawna już chyba się pozamieniały... równouprawnienie pociągnęło za sobą zmiany również w kwestii szukania powiedzmy "partnera". Niech nie zrozumieją mnie źle panie, którym zdarzy się czytać ten wpis, ale jak to jest że pułapka goni mysz...[hm, to może trochę dość okrutne porównanie, ale chyba na miejscu]. Przytoczę tu chyba mojego byłego nauczyciela od PO z liceum. "Kiedyś to kobiety kusiły mężczyzn nie golizną jak dziś. Chodziły ubrane od stóp do głów. Kompletnie ubrane. To wiecie działało nam na wyobraźnię. A tutaj odsłoniły kawałeczek ramiączka, tutaj odrobinkę nóżki spod tych swoich sukien i innych fatałaszków, a my byliśmy już w niebo wzięci, bo resztę sami sobie dopowiadaliśmy... a dziś co. Nagie chodzą i myślą że to robi wrażenie. Czego można się podomyślać jak wszystko jest podane i podetkane pod oczy. Dobrze że biustu do oka jeszcze nie wsadzają". No więc to był nasz PO-men [nie mylić skrótu z nieudolną partią polityczną], który ujął to wszystko znakomicie [co nie znaczy że nie będzie nic ode mnie].
Nawet samo [z braku lepszego słowa] zdobywanie dziewczyny, jej przychylności, jej uczuć kiedyś było domeną męską. Ba, było domeną męską przez baaaaaardzo długi czas. I wszystko miało się bardzo dobrze. Role były jasno podzielone: mężczyzna kusi kobietę, kobieta pobudza mężczyznę do kuszenia. Dziś nie jestem do końca pewien kto kogo kusi i kto kogo zdobywa... Bo gdzie przydzielić chłoptasiów-pięknisiów którzy pindrzą się przed lustrem dłużej niż niejedna kobieta... Albo gdzie będą należeć kobiety, które za wszelką cenę chcą uwieść mężczyznę, mimo że wcale tak naprawdę on niczego nie chce... uch uch, poplątało się [i w świecie i w mojej notce]. Niektóre przedstawicielki płci piękniejszej chcą z kimś chodzić tak beznadziejnie, że kręcą się wokół swojego celu cały czas nie dając jasnych sygnałów o co im tak naprawdę chodzi [używając lubianej przez nie formuły "domyśl się"] inne dają dość wyraźne sygnały i bombardują cel wiadomościami przez co się da, jeszcze inne czają się trochę z daleka i układają misterny plan zdobycia [tym najbliżej do działań kiedyś-męskich]. Na podstawie obserwacji wyróżniłem kilka moim zdaniem najgłupszych/najbardziej irytujących/najbardziej żenujących stylów podrywu. Oto i one:
1. na wróżkę chrzestną (ze Shreka)...: "cześć mogę cię zjeść?"
2. na ciapkę: bezmyślne wywoływanie instynktu opieki poprzez udawanie ciapy
3. na Supergluta: niedawanie spokoju i ciągłe nieodstępowanie
4. na cukier: przyklejenie się i udawanie słodkiego/słodkiej
5. na armatę: kanonada wiadomości, smsów, wiadomości, dzwonień, i jeszcze raz wiadomości
6. na niedomówienie: czajenie się takie, że w ogóle cel nie wie za bardzo o co cho, ale się domyśla.
7. na szpan: udawanie bohatera i wszechpojęta chełpliwość.
8. na lans: jestem elo wypasiony i w ogóle czaaad.
9. na muły/wykształcenie: wiadomo o co chodzi chyba...
10. na niedostępność: też chyba wiadomo [a jak nie to... domyśl się! o!]
Kolejność nie ma większego znaczenia. Wszystkie są jednakowo głupie i nie chcę mi się opisywać każdego stylu po kolei, bo chyba porównania są dość sugestywne.
Apel najpierw do kobiet. Uwaga. Faceci jeśli nie chcą z wami chodzić to choćbyście nie wiadomo co robiły to i tak nic z tego nie wyjdzie [pomijam tzw. sportsmanów]. Każdy normalny facet woli kiedy to on ma inicjatywę ustawodawczą w tej kwestii [wiadomo, że kobieta może ją uchwalić albo odrzucić, ale nadal z inicjatywą to my lubimy wychodzić]. Jeśli już naprawdę nie możecie wytrzymać i usychacie z tęsknoty, i w ogóle nie wiecie co jeszcze zrobić by się za wami obejrzał to: a) dajcie sobie spokój lub b) powiedzcie mu prosto i bez ogródek o co chodzi. Oczywiście nie popadajcie w skrajność i nie zgrywajcie wysokich wież bez drzwi, których nie można otworzyć. Jak kiedyś umiałyście wybalansować kuszenie i bycie zdobywaną to sądzę, że dziś tez powinno wam się udać.
Teraz apel do facetów: Kurwa no [sorry] panowie! Jeśli nadal 60% was będzie się za przeproszeniem ciocić i pięknić to jak wy w przyszłości będziecie o rodzinę dbać? Gdzie się podziały atawistyczne męskie instynkty polowania i zdobywania, logicznego myślenia i tworzenia rodziny [może to trochę za dalekie wyloty, ale w sumie do tego dąży ten cały teatr podrywu]??!! Do dzieła! Wy czekacie aż was pierwsza lepsza wokół palca owinie? CO TO MA BYĆ! Dupa do góry, a nie czekać na prywatną służącą, podczas gdy wy będziecie sobie tłuszczem obrastać! Wojna by się wam przydała! [Oczywiście 40% facetów pozostało facetami w głębi czy też i na zewnątrz a ich paradygmat męskości jest właściwy. Oni wiedzą co robić, choć czasem niewielka zachęta ze strony kobiety jest wskazana, bo to miło łechcze nasze męskie ego...]
Uch. Ale się napisałem. Do przeczytania może za tydzień. Jak mnie Aga znów zbeszta za brak nowych wpisów. :)
Chciałbym wspomnieć dziś o chyba trochę trudnym temacie. Od pewnego czasu intrygują mnie zmiany, jakie zaszły w podejściu do tak zwanego "podrywu" i jego pochodnych. Doszedłem do wniosku, że chyba zostałem w poprzedniej epoce z poglądami na ten temat. Codziennie obserwuję, że rolę od dawna już chyba się pozamieniały... równouprawnienie pociągnęło za sobą zmiany również w kwestii szukania powiedzmy "partnera". Niech nie zrozumieją mnie źle panie, którym zdarzy się czytać ten wpis, ale jak to jest że pułapka goni mysz...[hm, to może trochę dość okrutne porównanie, ale chyba na miejscu]. Przytoczę tu chyba mojego byłego nauczyciela od PO z liceum. "Kiedyś to kobiety kusiły mężczyzn nie golizną jak dziś. Chodziły ubrane od stóp do głów. Kompletnie ubrane. To wiecie działało nam na wyobraźnię. A tutaj odsłoniły kawałeczek ramiączka, tutaj odrobinkę nóżki spod tych swoich sukien i innych fatałaszków, a my byliśmy już w niebo wzięci, bo resztę sami sobie dopowiadaliśmy... a dziś co. Nagie chodzą i myślą że to robi wrażenie. Czego można się podomyślać jak wszystko jest podane i podetkane pod oczy. Dobrze że biustu do oka jeszcze nie wsadzają". No więc to był nasz PO-men [nie mylić skrótu z nieudolną partią polityczną], który ujął to wszystko znakomicie [co nie znaczy że nie będzie nic ode mnie].
Nawet samo [z braku lepszego słowa] zdobywanie dziewczyny, jej przychylności, jej uczuć kiedyś było domeną męską. Ba, było domeną męską przez baaaaaardzo długi czas. I wszystko miało się bardzo dobrze. Role były jasno podzielone: mężczyzna kusi kobietę, kobieta pobudza mężczyznę do kuszenia. Dziś nie jestem do końca pewien kto kogo kusi i kto kogo zdobywa... Bo gdzie przydzielić chłoptasiów-pięknisiów którzy pindrzą się przed lustrem dłużej niż niejedna kobieta... Albo gdzie będą należeć kobiety, które za wszelką cenę chcą uwieść mężczyznę, mimo że wcale tak naprawdę on niczego nie chce... uch uch, poplątało się [i w świecie i w mojej notce]. Niektóre przedstawicielki płci piękniejszej chcą z kimś chodzić tak beznadziejnie, że kręcą się wokół swojego celu cały czas nie dając jasnych sygnałów o co im tak naprawdę chodzi [używając lubianej przez nie formuły "domyśl się"] inne dają dość wyraźne sygnały i bombardują cel wiadomościami przez co się da, jeszcze inne czają się trochę z daleka i układają misterny plan zdobycia [tym najbliżej do działań kiedyś-męskich]. Na podstawie obserwacji wyróżniłem kilka moim zdaniem najgłupszych/najbardziej irytujących/najbardziej żenujących stylów podrywu. Oto i one:
1. na wróżkę chrzestną (ze Shreka)...: "cześć mogę cię zjeść?"
2. na ciapkę: bezmyślne wywoływanie instynktu opieki poprzez udawanie ciapy
3. na Supergluta: niedawanie spokoju i ciągłe nieodstępowanie
4. na cukier: przyklejenie się i udawanie słodkiego/słodkiej
5. na armatę: kanonada wiadomości, smsów, wiadomości, dzwonień, i jeszcze raz wiadomości
6. na niedomówienie: czajenie się takie, że w ogóle cel nie wie za bardzo o co cho, ale się domyśla.
7. na szpan: udawanie bohatera i wszechpojęta chełpliwość.
8. na lans: jestem elo wypasiony i w ogóle czaaad.
9. na muły/wykształcenie: wiadomo o co chodzi chyba...
10. na niedostępność: też chyba wiadomo [a jak nie to... domyśl się! o!]
Kolejność nie ma większego znaczenia. Wszystkie są jednakowo głupie i nie chcę mi się opisywać każdego stylu po kolei, bo chyba porównania są dość sugestywne.
Apel najpierw do kobiet. Uwaga. Faceci jeśli nie chcą z wami chodzić to choćbyście nie wiadomo co robiły to i tak nic z tego nie wyjdzie [pomijam tzw. sportsmanów]. Każdy normalny facet woli kiedy to on ma inicjatywę ustawodawczą w tej kwestii [wiadomo, że kobieta może ją uchwalić albo odrzucić, ale nadal z inicjatywą to my lubimy wychodzić]. Jeśli już naprawdę nie możecie wytrzymać i usychacie z tęsknoty, i w ogóle nie wiecie co jeszcze zrobić by się za wami obejrzał to: a) dajcie sobie spokój lub b) powiedzcie mu prosto i bez ogródek o co chodzi. Oczywiście nie popadajcie w skrajność i nie zgrywajcie wysokich wież bez drzwi, których nie można otworzyć. Jak kiedyś umiałyście wybalansować kuszenie i bycie zdobywaną to sądzę, że dziś tez powinno wam się udać.
Teraz apel do facetów: Kurwa no [sorry] panowie! Jeśli nadal 60% was będzie się za przeproszeniem ciocić i pięknić to jak wy w przyszłości będziecie o rodzinę dbać? Gdzie się podziały atawistyczne męskie instynkty polowania i zdobywania, logicznego myślenia i tworzenia rodziny [może to trochę za dalekie wyloty, ale w sumie do tego dąży ten cały teatr podrywu]??!! Do dzieła! Wy czekacie aż was pierwsza lepsza wokół palca owinie? CO TO MA BYĆ! Dupa do góry, a nie czekać na prywatną służącą, podczas gdy wy będziecie sobie tłuszczem obrastać! Wojna by się wam przydała! [Oczywiście 40% facetów pozostało facetami w głębi czy też i na zewnątrz a ich paradygmat męskości jest właściwy. Oni wiedzą co robić, choć czasem niewielka zachęta ze strony kobiety jest wskazana, bo to miło łechcze nasze męskie ego...]
Uch. Ale się napisałem. Do przeczytania może za tydzień. Jak mnie Aga znów zbeszta za brak nowych wpisów. :)
niedziela, 13 lutego 2011
Des relation entre amis.
Aujourd’hui je vais parler d’émotions donc je vais écrir en français.
Hier j’étais chez m’amie. Elle a fait le fête de l’anniversiare. Il y a eu mes amis de mon lycée. Je pensais que nous sommes tout bonnes amis ; nous nous connaissons cinq ans et nous avons survécu ensemble quelques choses. Mais récemment nous avons commencés se retirer de nous. Chaqun de nous étudie maintenant en universités differents, nous avons reconnus nouvelles personnes, et je crois que nous avons changés... ou il n’y a pas eu quelque chose entre nous de top. Je pense que nous avons manqués des certaines confiance et comprendre. Ce sont maintenant des factors que nous divident. Je sais que chaqun de nous est different and compliqué, mais nous avons perdus une capacité d’écouter de nous et en retour nous avons fermés en nous et devenus plus égoïstes. Je ne sait pas comment je dois vivre entre eux, mais je regrette notre relation et je sais que quelque etape est fini irrévocablement.
piątek, 11 lutego 2011
O samotności.
Lubię samotność. Dziwne nie? Ludzie przeważnie nie cierpią tego stanu. Wolą przebywać z innymi, gromadnie, stadnie i czasem paradnie. Spieszę z wyjaśnieniem. Oczywiście uwielbiam przebywać z innymi osobami, rozmawiać, obserwować, zagadywać, tworzyć relację. Jestem przecież homo sapiens, mam raczej jakiś umysł, psychikę, duszę. Wszystko to dąży do kontaktu z innymi, bo to jest przecież naturalne. Uwielbiam towarzystwo kobiet. Są takie fascynujące, pełne uroku... nawet te mniej goodlooking [swoją drogą każda kobieta jest piękna jeśli to piękno zostanie odpowiednio wydobyte i oprawione]. Poza tym u kobiet wszystkie emocje i uczucia od razu widać. Choćby nie wiem jak starały się być tajemnicze to mimika twarzy zawsze je zdradzi. Inaczej faceci, którzy zawsze skrzętnie skrywają to, o czym myślą. Kobiety, nie myślcie, że poznacie faceta po wyglądzie jego gęby. Daleko nie zajdziecie, ba pójdziecie nawet w ogóle niewłaściwą drogą. Tak... uwielbiam kobiety - pod każdym względem [co akurat jest chyba zdrowym odruchem]. Stop. Odjeżdżam. Miało być o samotności.
Właśnie. Mimo moich licznych fascynacji człowiekiem, mimo licznych znajomości, ba nawet rzekłbym przyjaźni [choć tego słowa używam bardzo ostrożnie] lubię samotność, czasem nawet poszukuję jej. I nie jest tak, że poszukuje samotności bo [ojej] nikt mnie nie lubi, [och och] jestem wyalienowany, [o nie...] jestem dziwny czy [ach ach] odrzucony przez społeczeństwo... nie, nie, nie. Nic z tych rzeczy. Kiedy tego potrzebuję, SAM wybieram samotność. Co jest takiego fajnego w tym stanie? - ktoś zapyta...
Cisza.
.
.
.
.
.
Dźwięk wszechogarniającej i ciągleobecnej ciszy.
Lubię ludzi, którzy potrafią milczeć. Wiem, wiem sam lubię gadać, ale cudownie jest gdy nagle w rozmowie zapada milczenie... i obydwie strony nie są nim skrępowane. To przepyszny moment kiedy wiesz, że chwilowo nie masz tematu i po prostu zalega cisza, i dodatkowo czujesz, że to jest naturalne przedłużenie rozmowy. Dla mnie jest to jakiś doskonały moment, kiedy zamiast gadać z kimś po prostu milczę, bo czuję, że nieskrępowany przez słowa mogę zwyczajnie cieszyć się obecnością drugiej osoby.
Szczerze mówiąc męczą mnie osoby, które mówią dużo aby tylko mówić... a jeszcze bardziej irytują mnie ludzie, którzy dużo mówią bo sądzą, że to, co mówią MUSI zainteresować innych. Wiem, jestem okrutny i hipokrytyczny bo sam czasem dużo mówię, tyle u mnie zawór przepływu słów odkręca się tylko wtedy gdy ktoś o coś mnie zapyta, a ja chcę udzielić... wyczerpującej temat [choć czasem pewnie też słuchacza] odpowiedzi. Nie mogę wytrzymać natomiast, gdy ktoś mówi dużo wcale nie pytany. I może to być niesamowicie sympatyczna osoba i w ogóle... ale, no ja nie mogę wytrzymać potoku... lawiny... kanonady słów, kiedy tak naprawdę nikogo o to nie prosiłem...
Najchętniej to czasem kompletnie bym się odizolował i w ogóle słuchał ciszy. A w tej ciszy wszystkich składników tej ciszy. I chłonął to, i przetwarzał..... a tu nagle ktoś mnie zaczepia do gatki.. ale nie takiej służbowej... nawet w żadnej ważnej sprawie, tylko ot tak, bo akurat chce porozmawiać, chociaż sam nie wie o czym... no sorry, ale mnie wtedy jasna cholera bierze.
Odsyłam wszystkich do wiersza Jonasza Kofty, pod którym podpisuję się obiema rękoma [choć lewą trochę bardziej koślawo bo nie umiem]:
Więcej
Milczenia
Milczenia
Milczenia
Odejdźcie wszyscy
Mnie potrzeba ciszy
Nie pragnę słońca
Nienawidzę cienia
A on z uporem wciąż mi towarzyszy
Gdzie mam się schronić
W jakiej osobności
W tym świecie bujnym w błache zachwycenia
Więcej
Milczenia
Milczenia
Milczenia
Tylko ta mowa przystoi miłości
Pamiętajmy o tym, by słuchać ciszy. Słuchajmy siebie nawzajem owszem.... ale nie zapominajmy o tej milczącej towarzyszce naszego życia - o ciszy. To jest bardzo doskonałe stworzenie - mówiące swoim milczeniem, obecne, lecz nienachalne, ciągle gotowe i otwarte na naszą z nią rozmowę.
Właśnie. Mimo moich licznych fascynacji człowiekiem, mimo licznych znajomości, ba nawet rzekłbym przyjaźni [choć tego słowa używam bardzo ostrożnie] lubię samotność, czasem nawet poszukuję jej. I nie jest tak, że poszukuje samotności bo [ojej] nikt mnie nie lubi, [och och] jestem wyalienowany, [o nie...] jestem dziwny czy [ach ach] odrzucony przez społeczeństwo... nie, nie, nie. Nic z tych rzeczy. Kiedy tego potrzebuję, SAM wybieram samotność. Co jest takiego fajnego w tym stanie? - ktoś zapyta...
Cisza.
.
.
.
.
.
Dźwięk wszechogarniającej i ciągleobecnej ciszy.
Lubię ludzi, którzy potrafią milczeć. Wiem, wiem sam lubię gadać, ale cudownie jest gdy nagle w rozmowie zapada milczenie... i obydwie strony nie są nim skrępowane. To przepyszny moment kiedy wiesz, że chwilowo nie masz tematu i po prostu zalega cisza, i dodatkowo czujesz, że to jest naturalne przedłużenie rozmowy. Dla mnie jest to jakiś doskonały moment, kiedy zamiast gadać z kimś po prostu milczę, bo czuję, że nieskrępowany przez słowa mogę zwyczajnie cieszyć się obecnością drugiej osoby.
Szczerze mówiąc męczą mnie osoby, które mówią dużo aby tylko mówić... a jeszcze bardziej irytują mnie ludzie, którzy dużo mówią bo sądzą, że to, co mówią MUSI zainteresować innych. Wiem, jestem okrutny i hipokrytyczny bo sam czasem dużo mówię, tyle u mnie zawór przepływu słów odkręca się tylko wtedy gdy ktoś o coś mnie zapyta, a ja chcę udzielić... wyczerpującej temat [choć czasem pewnie też słuchacza] odpowiedzi. Nie mogę wytrzymać natomiast, gdy ktoś mówi dużo wcale nie pytany. I może to być niesamowicie sympatyczna osoba i w ogóle... ale, no ja nie mogę wytrzymać potoku... lawiny... kanonady słów, kiedy tak naprawdę nikogo o to nie prosiłem...
Najchętniej to czasem kompletnie bym się odizolował i w ogóle słuchał ciszy. A w tej ciszy wszystkich składników tej ciszy. I chłonął to, i przetwarzał..... a tu nagle ktoś mnie zaczepia do gatki.. ale nie takiej służbowej... nawet w żadnej ważnej sprawie, tylko ot tak, bo akurat chce porozmawiać, chociaż sam nie wie o czym... no sorry, ale mnie wtedy jasna cholera bierze.
Odsyłam wszystkich do wiersza Jonasza Kofty, pod którym podpisuję się obiema rękoma [choć lewą trochę bardziej koślawo bo nie umiem]:
Więcej
Milczenia
Milczenia
Milczenia
Odejdźcie wszyscy
Mnie potrzeba ciszy
Nie pragnę słońca
Nienawidzę cienia
A on z uporem wciąż mi towarzyszy
Gdzie mam się schronić
W jakiej osobności
W tym świecie bujnym w błache zachwycenia
Więcej
Milczenia
Milczenia
Milczenia
Tylko ta mowa przystoi miłości
Pamiętajmy o tym, by słuchać ciszy. Słuchajmy siebie nawzajem owszem.... ale nie zapominajmy o tej milczącej towarzyszce naszego życia - o ciszy. To jest bardzo doskonałe stworzenie - mówiące swoim milczeniem, obecne, lecz nienachalne, ciągle gotowe i otwarte na naszą z nią rozmowę.
środa, 9 lutego 2011
Akcja społeczna - RATUJMY BIERNIK!
To już się pojawiło w poprzedniej notce.
Szanowny potencjalny czytelniku. Zwracaj uwagę na to, jak mówisz [i piszesz też].
W języku polskim mamy 7 przypadków, dzisiaj ludzie nachalnie chcą wyeliminować jeden z nich.
O kogo chodzi? Tak! Chodzi o biernik. Taki mały niepozorny pośrodku stawki. Nawet pytania ma od innych przypadków: kogo? - to z dopełniacza i co? - z mianownika.
Nie pozwólmy umrzeć biernikowi!
Weźmy na przykład takie bardzo proste słówko: zaimek wskazujący "ta".
Ogromna ilość moich znajomych ma problem czy mówi się "tę łyżkę" czy "tą łyżkę" biorę.
Albo rysuję "tę/tą prostą". Wielu myśli że to zależy od tego jak się słowo kończy... ale i tak wybierają słówko "tą" gdy tak naprawdę powinni powiedzieć "tę". Uwaga. Uporządkujmy sprawę raz na zawsze:
M. TA łyżka leży na stole [i niech tam na razie pozostanie]
D. TEJ łyżki nie ma w szufladzie [bo właśnie moja siostra ją zabrała]
C. TEJ łyżce się przyglądam [bo chyba jest brudna]
B. TĘ łyżkę widzę [oczami widzę i myślę że jest ładna ta łyżka]
N. TĄ łyżką zjem zaraz tę zupę
Ms. o TEJ łyżce dyskutowałem z moją zmywarką [bo skubana nie umyła jej dobrze]
W. TA łyżko! Odmieniaj się właściwie!
to teraz jeszcze raz z PROSTĄ
M. TA prosta jest na tablicy [i ma równanie y=2x+3]
D. TEJ prostej jeszcze nie narysowano [hm bo jak może wyglądać prosta x=3]
C. TEJ prostej się przyglądam...[bo moim zdaniem to raczej krzywa, która dawno temu miała być prosta]
B. TĘ prostą narysowałem źle [no bo jest krzywa]
N. TĄ prostą będę się posługiwać [bo to jest wykres stopy procentowej od czasu]
Ms. o TEJ prostej się nie dyskutuje... [ha bo to prosta w przestrzeni liczb urojonych]
W. TA prosto! Trzymaj się prosto!
prawda, że łatwe? Nie dajmy umrzeć biernikowi. mówmy TĘ.
Szanowny potencjalny czytelniku. Zwracaj uwagę na to, jak mówisz [i piszesz też].
W języku polskim mamy 7 przypadków, dzisiaj ludzie nachalnie chcą wyeliminować jeden z nich.
O kogo chodzi? Tak! Chodzi o biernik. Taki mały niepozorny pośrodku stawki. Nawet pytania ma od innych przypadków: kogo? - to z dopełniacza i co? - z mianownika.
Nie pozwólmy umrzeć biernikowi!
Weźmy na przykład takie bardzo proste słówko: zaimek wskazujący "ta".
Ogromna ilość moich znajomych ma problem czy mówi się "tę łyżkę" czy "tą łyżkę" biorę.
Albo rysuję "tę/tą prostą". Wielu myśli że to zależy od tego jak się słowo kończy... ale i tak wybierają słówko "tą" gdy tak naprawdę powinni powiedzieć "tę". Uwaga. Uporządkujmy sprawę raz na zawsze:
M. TA łyżka leży na stole [i niech tam na razie pozostanie]
D. TEJ łyżki nie ma w szufladzie [bo właśnie moja siostra ją zabrała]
C. TEJ łyżce się przyglądam [bo chyba jest brudna]
B. TĘ łyżkę widzę [oczami widzę i myślę że jest ładna ta łyżka]
N. TĄ łyżką zjem zaraz tę zupę
Ms. o TEJ łyżce dyskutowałem z moją zmywarką [bo skubana nie umyła jej dobrze]
W. TA łyżko! Odmieniaj się właściwie!
to teraz jeszcze raz z PROSTĄ
M. TA prosta jest na tablicy [i ma równanie y=2x+3]
D. TEJ prostej jeszcze nie narysowano [hm bo jak może wyglądać prosta x=3]
C. TEJ prostej się przyglądam...[bo moim zdaniem to raczej krzywa, która dawno temu miała być prosta]
B. TĘ prostą narysowałem źle [no bo jest krzywa]
N. TĄ prostą będę się posługiwać [bo to jest wykres stopy procentowej od czasu]
Ms. o TEJ prostej się nie dyskutuje... [ha bo to prosta w przestrzeni liczb urojonych]
W. TA prosto! Trzymaj się prosto!
prawda, że łatwe? Nie dajmy umrzeć biernikowi. mówmy TĘ.
Co stało się ostatnio.
Uwaga ta notatka jest bardzo długa. Jeśli nie masz czasu przeczytaj ją kiedy indziej.
Od Bożego narodzenia mam dość szalony czas. Najpierw tuż przed świętami pojechałem na rekolekcje adwentowe do Sióstr od Aniołów do Konstancina. Tam spotkałem się z ludźmi po części mi znajomymi. Był Sierpc i Tłuszcz, i Konstancin trochę i Ukraina... Jednym słowem ludzie zewsząd. Z większością po części już się znałem, ale na tym wyjeździe wszystkich Poznałem. Odnalazłem ludzi którzy stali się dosyć ważnym fragmentem mojego życia. Po reko były święta... ja sobie już tak myślałem, że pewnie jak zawsze, tylko ja i najbliższa rodzinka. Jak zwykle myślałem powstaną... ekhm... pewne napięcia przedświąteczne, które prysną przy opłatku [i tak w sumie się działo]. Aż tu nagle Kasia [moja przyszywana siostra - ha i całkiem dobry krawiec skoro umie przyszywać takie oporne jednostki jak ja] dzwoni do mnie "że wpadaj na pierwszy dzień świąt do nas. Jest Paweł [niesamowity gość z korzeniami polski-ukraińskimi] i przyjeżdżają do nas Kwiatuszki [to akurat rodzina Kasi, która tez była na reko] i w ogóle brakuje nam Ciebie". No więc ja lekko zszokowany bo jeszcze mi się nie zdarzyło coś takiego [wiem wiem powiecie, że dziwak i w ogóle... ale nie mówcie :)] no ale jak siostra mnie zaprasza to czemu nie.
Potem to już się potoczyło lawinowo i od świąt do sylwestra codziennie świętowaliśmy gdzieś indziej. A to u Czajeczek [Kasi i jej siostry Mad] a to u Kwiatuszków [Monia, Edzia, Janek] a to u Ołdaków [Paula, Marta, Kuba]. Potem wspólny sylwek, potem after, potem jeszcze ending. Lecz wszystko co dobre kiedyś się kończy. Mianowicie zaczęły się znów nasze szkolne obowiązki i trzeba było przerwać nasze spotkania. Potem studenci zaczęli chorować na chorobę zwaną sesją. Dla mnie miała okropnie intensywny przebieg ale jakoś ją zwalczyłem :D. Jako że nie mogliśmy wszyscy tak długo wytrzymać bez siebie... no to co? IMPREZA POSESYJNA musi być. Tak więc znów spotkaliśmy się w naszym rozwrzeszczano-rozgadanym gronie. Zaczęło nam brakować również Konstancina, a tu nagle niespodzianka! Dni skupienia dla studentów od piątku do niedzieli! "Niesamowitość" pomyśleliśmy i pojechaliśmy.
Tzn. pojechali wszyscy a ja dołączyłem. Niestety moje obowiązki to nie tylko studia ale i również korepetycje, dlatego nie mogłem pojechać w piątek. Ale w sobotę z rana wstałem o 5.00 i pełen entuzjazmu pobiegłem na pociąg... który oczywiście mi uciekł... czekałem pół godziny na następny. W wietrze, deszczu i mrozie. "Nieźle się zaczyna" pomyślałem. No ale pociąg przyjechał. Kamil przybył do Wawy, ale z Wileńskiego jeszcze daleka droga do Konstancina. Sprężałem się jak mogłem ale nie wyrobiłem się na wcześniejsze 710. Tak więc powstała mi znów dodatkowa półgodzina czekania, tym razem w otoczeniu pętli Metro Wilanowska. Mówię sobie: "nie no aż tak bardzo Nie Chcesz bym tam pojechał?" No ale zaraz podjechał mi autobus i sobie przynajmniej mogłem czekać w ciepełku.
Potem jechałem... jechałem... i "kurde-czemu-tak-daleko" jechałem. No i dojechałem. Wygramoliłem się z moją torbą i gitarą z autobusu potrącając prawie gościa, który stał przy drzwiach i chyba mu się nie spodobało, że moja gitara chce go zaatakować... no ale pani kierowczyni szybko zamknęła za mną drzwi tak więc nie dowiedziałem się co facet na mnie wykrzykiwał... chyba lepiej.
I tak dochodzimy do meritum tej notki:
DNI SKUPIENIA.
Wbiegłem prawie na furtę [tak się nazywa wejście do zakonów], zadzwoniłem w oczekiwaniu na jakąś siostrę... czekam... czekam... a tutaj mi się pojawiają Kasia i Marta. Oczywiście nie zdołałem opanować szczerzenia zębów i przez jakąś minutę witaliśmy się i gadali... no ale dziewczyny szybko mnie sprowadziły na ziemię: "Zaraz będzie medytacja, ale dla Ciebie czeka śniadanie". Już sobie myślę, że sam będę musiał coś przegryźć, gdy pojawiła się Mad. która zaoferowała mi towarzystwo dopijając jeszcze resztki porannej kawy. Zjadłem w pośpiechu [w międzyczasie dziewczyny zaniosły moje rzeczy do pokoju]. W ogóle pośpiech towarzyszył mi od samego rana i byłem... hm... dość niespokojny. Też wam się udziela to dziwne uczucie kiedy tak naprawdę wiecie, że w sumie nigdzie wam się nie spieszy, ale cały świat sądzi inaczej? No więc wtedy miałem właśnie to uczucie: sztuczny pośpiech. Szybko [no bo jak] zszedłem z Madzią do małej kaplicy, gdzie wszyscy kończyli się gromadzić, a tu nagle siostra wyskakuje z spokojniutką nutką o Duchu Świętym, rozdaje tekst medytacji, czyta Pismo Święte, przypowieść o skarbie:
Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w polu. Znalazł go pewien człowiek. Ukrył go z powrotem i bardzo uradowany odszedł. Sprzedał wszystko, co posiadał i kupił to pole.
Mt 13, 44
Wymagało ode mnie dużej porcji samoopanowania i skupienia... i wysiłku by wyciszyć się i wejść w rozmowę z Nim. Na szczęście całe otoczenie pomagało mi w tym. Powoli ustępowały wrażenia wywołane śpieszącymi się ludźmi, które wypełniły mnie przez całą podróż, kojące dźwięki gitary oraz ciszy przeplatające się z sobą w odpowiednich chwilach wprowadziły mnie w stan uspokojenia i odpoczynku. W tym momencie bardzo łatwo było się skupić na przesłaniu z Ewangelii: Jesteś darem.
Jako że mam hopla na punkcie muzyki to ten zakopany skarb wyobraziłem sobie jako przepiękną trąbkę ukrytą przez wiele lat w ziemi. Ktoś ją schował i zapomniał o niej... i ona tak sobie leżała w wilgotniej ziemi, metal rdzewiał, wyginał się, miechy się zaklinowały ustnik gdzieś zagubił, lakier zszedł... i w tym momencie przychodzi Jezus... i co on robi? Magiczną, wszechpotężną mocą swoją podnosi ziemię bo jest mu posłuszna i cudownie odnajduję trąbkę i jednym pstryknięciem palców sprawia, że jest nowa? ... ... ...
No właśnie nie! On grzebie w ziemi. Rękami. No i się w końcu dogrzebuje. I wyciąga tę pogiętą, szczezniętą, zepsutą trąbkę. Bierze małe młoteczki, śrubokręciki, sprejki z lakierem i zaczyna działać.
Najpierw będzie trochę zgrzytów i trzasków bo trąbkę trzeba rozebrać i wyprostować każdy element. W ruch idą młotki i śrubokręty, a także pewnie inne narzędzia. Trwa to wszystko trochę długo, ale Jezus chce być precyzyjny, wie że instrument jest zrobiony z opornego metalu, dlatego musi działać powoli żeby nie zniszczyć całej misternej konstrukcji... gdy już wszystko jest wyprostowane kornet zostaje skręcony. Wygląda już prawie jak dobry instrument. Jest jedynie szary, bury... widać jeszcze ślady rdzy, których nie dało się usunąć, a które mogą w przyszłości zniszczyć instrument. Teraz Jezus bierze do ręki impregnat do metalu zanurza instrument w dużym pojemniku i tak go zostawia aż płyn dotrze do najgłębszych zakamarków. Po odpowiednim czasie wyjmuje trąbkę. teraz jest już czysta... lecz nadal szarawo-brązowo-mosiężno-miedziana. Teraz czas na ostatni krok. Jezus bierze do ręki różne aerozole z lakierami do metali. I posrebrza i ozłaca; nakłada ozdobną patynę, oliwi miechy... Przykłada trąbkę do ust. Gra szeroką kadencję, od dźwięków bardzo niskich i ciemnych do wysokich i jasnych. Odkłada od ust i mówi: "Oto jest trąbka. Teraz jest dobra. Wiedziałem że była dobra już wcześniej, ale teraz jest też piękna. Teraz jej brzmienie jest przecudowne, choć takie nie było. Jej blask przyciąga, a przecież była szara. Jej konstrukcja jest solidna, a przecież była pełna rdzy. Oto instrument który brzmi harmonicznie. Widzę, że jest dobry".
Tak sobie myślałem w czasie tej medytacji, i dziękowałem że jestem właśnie taką trąbką, ciągle w serwisie naprawy instrumentów "u Jezusa".
Tak uspokojony poszedłem ze wszystkimi do naszego miejsca spotkań: sali Anioła.
Tam siostry Ala i Justyna narzuciły tempo :D. Najpierw dostaliśmy po kartce białego... głównie białego papieru. Naszym zadaniem było narysować linię przebiegu naszego życia. A więc ja matematyczny umysł narysowałem wykres z osiami czasu i współczynnika tempa wzrostu zadowolenia z życia [tu się odzywa moja ekonomia]. Zaznaczyłem trwały wzrost z punktami ważnymi dla mnie gdzie tempo szybko wzrastało lub spadało. Następnie poproszono nas o narysowanie na tej samej płaszczyźnie linii symbolizującej relacje z Nim. Ha, pomyślałem jak ja mam teraz wymyślić gdzie w mój wykres włożyć tę [mówimy w bierniku TĘ - ratujmy biernik] linię. No ale odpowiedź przyszła sama. Do wcześniejszego współczynnika dodałem współczynnik obecności Boga [bo pomyślałem że mierzymy go tą samą jednostką - szczęściowiarogodziną/zwątpinie]. Wyszło mi bardzo fajnie bo udało mi się narysować sytuację w której On sam jest moim motorem do wszelkich działań i jednocześnie paliwem powodującym stały wzrost. Chwilę po tym siostry przedstawiły nam pewną scenkę o dziewczynie, która nie wierzy we własne siły, która była popychana i odrzucona przez społeczeństwo, nawet przez rodzinę, która zwątpiła w siebie, która nie wierzyła nawet w Boga. Ciągle ktoś jej powtarzał w głowie: JESTEŚ DO NICZEGO, JESTEŚ GŁUPIA, NIE JESTEŚ GODNA MIŁOŚCI, JESTEŚ NIEPORADNA ŻYCIOWO, JESTEŚ MAŁOINTELIGENTA, NIE JESTEŚ GODNA MIŁOŚCI, NIC NIE UMIESZ ROBIĆ, DO NICZEGO SIĘ NIE NADAJESZ, NIE JESTEŚ GODNA MIŁOŚCI, JESTEŚ ZŁA, JESTEŚ NIEPOTRZEBNA, WSZYSTKIM PRZESZKADZASZ, NIE JESTEŚ GODNA MIŁOŚCI, JESTEŚ BRZYDKA, JESTEŚ GODNA LITOŚCI, NIE JESTEŚ GODNA MIŁOŚCI.
Ta miniatura bardzo mnie uderzyła. Zastanowiłem się ile razy przechodzimy obok takich ludzi, którzy potrzebują naszej pomocy w takich chwilach, a jedyne co otrzymują to więcej pogardy. Zatrzymałem się nad pewnymi rzeczami, których doświadczyłem sam. Brak mi był słów po skończonej scence, i całe szczęście, że siostry zarządziły pół godziny kompletnego milczenia i czasu dla nas i dla Niego. To było kolejne dobre uspokajające i pokrzepiające doświadczenie.
Potem przyszedł czas na małą chwilę odpoczynku i obiad, który przyjąłem jako chwilowe zbawienie i spełnienie dla mego ciała, które już dawało mi znać że nic długo nie jadłem. :P
Po obiedzie obejrzeliśmy krótkometrażowy film "Butterflies Circus". NIE-SA-MO-WI-TY. Czegoś podobnego nie widziałem jeszcze. Idealny obraz. Brakuje mi słów na opisanie tego pozytywnego uczucia, które we mnie wywołał. Jednocześnie czując się wbity w siedzenie, czułem że mogę latać...[nie nic nie było w obiedzie, co mogłoby wywołać to uczucie]. Zostaliśmy podzieleni na mniejsze grupy aby sobie sami nawzajem podyskutować na ten temat a efektem dyskusji miało być... w sumie co to miało być? Rzeźba? Jeśli tak to rzeźba dynamiczna. Raczej pantomima. Przedstawiliśmy historię dwóch motyli. Jeden wykluł się z kokonu o własnych siłach i był odporny na przeciwności losu; drugi otrzymał pomoc od człowieka i nie musiał walczyć z kokonem. Był niewpełni wykształcony i nie mógł latać ani opierać się niebezpieczeństwom. Chcieliśmy przez to wyrazić myśl z filmu: "Im trudniejsza walka, tym większe zwycięstwo".
Po wieczornej Mszy siostry przygotowały dla nas coś extra. Jako że zwykle siedzimy do późna dyskutując i debatując [oczywiście nieoficjalnie, bo oficjalnie to śpimy] siostry postanowiły, że tym razem nie będziemy rozmawiać z sobą tylko znów z Nim. Przygotowały dla nas pięciostacjową drogę w zwykłym pokoju, który już znałem z poprzednich moich pobytów w Konstancinie. Ot taki sobie zwykły pokój sypialny. Za drzwiami natomiast kryło się niezwykłe, niecodzienne doświadczenie. Była to droga. Było pięć przystanków. Była muzyka Kaczmarka. Była Jego Obecność.
Pierwszy przystanek wywołał we mnie mocne uczucie. Trzeba było spojrzeć w lustro. Ale nie tak zwyczajne. Trzeba w lustrze było odnaleźć siebie. Zobaczyć swoje wady i zalety. Zobaczyć siebie naprawdę. Zadanie trudne. Bo jak tu tak patrzeć na siebie ze wszystkimi swoimi wadami.? Nie do pojęcia... tu mi się zeszło najdłużej, ale po tym przystanku wiedziałem że dalej będzie łatwiej.
Druga stacja polegała na narysowaniu sobie swojego zdjęcia z Nim. "Jak ja to narysuję?! Ja nie umiem!". Jednak po krótkiej chwili już wiedziałem co i jak mam narysować: Siebie w Jego dłoniach, ale nie tak że on mnie trzyma i robi wszystko za mnie, nie, nie, nie. jedna ręka była trochę pode mną... asekuracyjnie, druga była nade mną tak jakby trochę parasol. Nie ograniczał mi świata. Dawał bezpieczeństwo.
Trzeci przystanek to wyrzucenie z siebie wszystkich rzeczy które nas złościły i krzywdziły. Tu się znalazło trochę tego...
Czwarta stacja kryła podarunek. List dla nas od Niego. Bardzo pocieszający, nawet mnie, który nigdy smutny nie jest [bardziej zezłoszczony niż smutny]. Super sprawa, naprawdę. :)
Piąta stacja rzucała się najbardziej w oczy. Przyciągała czerwoną kotarą i światłem. Krył się tam obraz Rembrandta van Rijna, a raczej tylko i aż jego część przedstawiająca syna marnotrawnego i jego ojca. Tutaj zadaniem było zwrócenie się do Niego jak marnotrawny syn do ojca.
Wyszedłem z bardzo pozytywnym uczuciem dobra.
W tym samym czasie gdy każdy przechodził drogę w małym pokoju, w sali Anioła reszta trwała na modlitwie, dzieleniu się Słowem i śpiewie. W między czasie do drogi również doszedł przystanek zerowy. Wszystko przez małe nieporozumienie z wchodzeniem. Gdy jeszcze Asia była na drodze, z pokoju wyszedł Paweł. W tym momencie zdecydowałem że wejdę po nim. Oczywiście później zorientowałem się że Paweł wyszedł kiedy Asia jeszcze nie wróciła. Pomyślałem, że może wyszedł w innym celu [chociaż teraz wydaje mi się to trochę nielogiczne], a że nie chciałem, żeby inne osoby czekały długo - wyszedłem. Okazało się że Paweł jest już w środku a ja...? No cóż. Posiedziałem na zewnątrz i duchowo się przygotowałem na nieznaną jescze mi wtedy drogę. Tak doszedł nam kolejny przystanek, bo każdy do końca przychodził wcześniej.
Kiedy już wróciłem z drogi siostra Justyna poprosiła mnie o to bym poprowadził śpiew, na co przystałem z wielką ochotą.
Godziny płynęły a jeszcze nie wszyscy byli na drodze. Około godziny 1.00 kiedy wszyscy już mocno przysypiali, ale jeszcze szukali Słów w Piśmie, zdarzyło mi się znaleźć fragment z Listu do Efezjan: "Obudźcie się śpiący" co wywołało ogólne radosne poruszenie :) szczególnie o tej porze :D.
...
...
...
A rano w niedzielę była Msza. :)
Po niej śniadanie.
Potem podsumowanie.
Następnie sprzątanie.
Obiad.
Pożegnania z niektórymi.
Kawka i ciacho na pożegnanie.
Spotkanie z Motylkiem :D
Pożegnanie...
... i wyjazd.
Dzięki wszystkim którzy byli!
Mad, Kat, Marta, Paweł, Piotrek, Michał, Jack, Natalia, Patrycja, Ania, Paulina, Agnieszka, Asia, Magda, Monika!
A widział Bóg, że to do czego sam doprowadził było dobre.
Amen.
Ah pardon!
Potem jeszcze z Martą Kasią Magdą i Pawłem poszliśmy na kawkę do coffee heaven.
Rozmowy, które pojawiły się tego popołudnio-wieczora zostaną mi na długo w pamięci.
Dzięki wam przyjaciele!
Alors...
Witam.
Tytuł i opis są po francusku, jednak nie dajcie się zmylić. Blog będzie po polsku... głównie po polsku.
Czemu francuski... no właśnie, chyba dlatego ze kocham ten język [w przeciwieństwie do jego rdzennych użytkowników]. Czasem się pewnie też będzie pojawiał, bo w sumie czemu nie? Zawsze można użyć Googlotranslatora i sobie to przegooglotłumaczyć, nie? Dla mnie takie sporadyczne użycie języka innego niż mój ojczysty będzie świetną metodą odkurzania francuskiego. Nie wykluczam też używania angielskiego. A co! Niech potencjalni czytelnicy poszerzają swoje horyzonty językowe [tak jak trochę nieudolnie próbuję to robić ja].
Hm... nie czujcie się urażeni gdy nie będę pisał regularnie, wiecie studia i te sprawy. Nie mniej dla mnie to też ma być jakaś forma regularności i kolejny stopień poznawania tajników tego niezwykłego stanu jakim jest porządek. Nie miejcie mi też tego za złe jeśli nie będę pisał idealnie gramatycznie czy semantycznie czy też w ogóle ledwo po polsku. Uważajcie na neologizmy, zrosty, złożenia i inne tego typu. Mogą być, hm...., zawiłe lub zrobione nie-do-końca-poprawnie. To jednak w jakiś sposób odzwierciedla mnie, więc... czasem przymknijcie oko na moje językowe fanaberie.
Aha.... o czym będę pisał...
...
...
no tak...
..
.
to się okaże :)
Tytuł i opis są po francusku, jednak nie dajcie się zmylić. Blog będzie po polsku... głównie po polsku.
Czemu francuski... no właśnie, chyba dlatego ze kocham ten język [w przeciwieństwie do jego rdzennych użytkowników]. Czasem się pewnie też będzie pojawiał, bo w sumie czemu nie? Zawsze można użyć Googlotranslatora i sobie to przegooglotłumaczyć, nie? Dla mnie takie sporadyczne użycie języka innego niż mój ojczysty będzie świetną metodą odkurzania francuskiego. Nie wykluczam też używania angielskiego. A co! Niech potencjalni czytelnicy poszerzają swoje horyzonty językowe [tak jak trochę nieudolnie próbuję to robić ja].
Hm... nie czujcie się urażeni gdy nie będę pisał regularnie, wiecie studia i te sprawy. Nie mniej dla mnie to też ma być jakaś forma regularności i kolejny stopień poznawania tajników tego niezwykłego stanu jakim jest porządek. Nie miejcie mi też tego za złe jeśli nie będę pisał idealnie gramatycznie czy semantycznie czy też w ogóle ledwo po polsku. Uważajcie na neologizmy, zrosty, złożenia i inne tego typu. Mogą być, hm...., zawiłe lub zrobione nie-do-końca-poprawnie. To jednak w jakiś sposób odzwierciedla mnie, więc... czasem przymknijcie oko na moje językowe fanaberie.
Aha.... o czym będę pisał...
...
...
no tak...
..
.
to się okaże :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
