czwartek, 21 lipca 2011

She doesn't want you anyway

Jak w temacie - krótko i do rzeczy. Według mnie facet powinien wiedzieć, kiedy sobie powiedzieć dość jeśli chodzi o tak zwane "startowanie do dziewczyny". Jeśli ona jasno i wyraźnie powiedziała, że nie zamierza rozwijać jakiejś znajomości, to na ogół znaczy to tyle, że rzeczywiście tak jest [nie słuchajcie bzdurnych stron uczących podrywu lub modnego ostatnio portalu na literę k. które to podpowiadają, że wbrew wszelkiemu rozsądkowi "nie" znaczy u kobiety "tak" ... no dobra CZASAMI znaczy, ale w kwestii dobierania partnera jasne i klarowne powiedzenie "nie" znaczy tak jak jest to ogólnie przyjęte].

Miewam to nieszczęście obserwować, gdy po takim komunikacie facet nie daję spobie spokoju i wszelkimi sposobami próbuje ściągnąć swą uwagę upatrzonej niewiasty... co skutkuje jeszcze większym pożalowaniem ze strony przeciwnej. Patrząc na to z perspektywy mam tylko jeden komentarz. Jesli już naprawdę chciałby jakoś jej zaimponować to na pewno ostatnią rzeczą, którą powinien zrobić jest sentymentalny imidż faceta-sieroty. Nic tu nie pomogą fajne ciuchy, elo-wyluzowanie. Tu musi być widoczna pewność siebie i danie ewentualnego oparcia. Rzewne wierszyki może dobre są dla nastolateczek, a nie dla w miarę już dorosłych ludzi. Jeśli ktoś się odanjduje w tym co tu napisane to wielki apel: "Porzuć tę drogę synu".

I na zakończenie Hey - [sic!] dla tych co nadal twierdzą, że "nie" to "tak".

środa, 13 lipca 2011

Dzieci dzisiaj

Dziś prezentuję obserwację prowadzoną od dłuższego czasu na przystankach, w poczekalniach, u lekarzy itd... Piszę o tym dziś, bo byłem u lekarza właśnie [alergologa] i w kolejce sporo dzieciaków z rodzicami. Dzieci w wieku... podstawówkowym, głównie chłopcy. Jedni niemiłosiernie zblazowani, posyłający spojrzenia pełne pożalowania i wyższości. Inni zapatrzeni w komórki i konsole do gier. Jeden chłopiec [dobrze odżywiony] z zadufanym z wyglądu tatusiem miał już wchodzić, ale na cały regulator krzyczy: "Zaraz! muszę level wbić!"... Na co ojciec wykazujący według mnie daleko posunięty brak konsekwencji mówi, że to ważne dla jego syna, bo rozwija jego poziom inteligencji... Przedłużył kolejkę o dwie minuty, podczas których zdążył pokłócić się z resztą rodziców wyrażających głębokie oburzenie. Miałem nieszczęście siedzieć obok bachora czytając książkę. Rzuciłem więc okiem cóż to za podnosząca IQ gra na konsoli. Okazała się strzelanką jakich wiele, a wiemy na czym one polegają. Tak więc myślę sobie, że rzeczywiście inteligencja płynie lorytem niczym Amazonka, nie ma co... a jej przejawy to oburzony ton dzieciaka, że ktoś śmie mu przerywać zabawę.

Inna sytuacja. Dzieci wyposażone od chwili gdy mają 6 lat w PS3/Xboxa, komórkę, iPoda i wiele innych gadżecików, że już nie wspomnę o komputerze i koncie na nk. A to czemu? Słyszałem tłumaczenie "bo tamta matka kupiła swojemu synowi na komunię, to ja kupiłam mojemu jak szedł do 1 klasy żeby nie był gorszy". No comment. Albo nie. Jednak comment. Zastanawia mnie co kieruje rodzicami, którzy podsuwają dzieciom zjadacze czasu w postaciach wyżej wymienionych. Co kieruje naprawdę? Bo każdy zaraz się zarzeka, że "chcę aby moje dziecko miało lepiej niż ja" albo "że trzeba uczyć obcowania z nowymi technologiami od małego". Ok... tu jeszcze bym się zgodził, ale i tak oswajałbym powoli i rozsądnie, wprowadzając pewne granice. Ja chcę drążyć dalej. Czy czasem nie jest tak, że rodzice dają swym pociechom wszystkie te rzeczy po to by sami mieli więcej czasu dla siebie, swojej kariery, swojego odpoczynku? To przecież łatwe. Ja dziecku daję fajny prezent, ono z niego korzysta, ja mam czas i spokojną głowę, bo wiem gdzie jest i co robi. Czy na pewno? Patrząc z boku na dzisiejszą dzieciarnię i będąc w miarę obiektywnym widzem [bo swoich dzieci nie mam] stwierdzam, że w znakomitej większości przypadków dzieci nowoczesne są mniej komunikatywne, mniej przystosowane do działań grupowych, mają mniejszą wyobraźnię. Niedawno zostałem zapytany przez chłopaka podstawówka/gimnazjum czy lubię czytać książki [akurat miałem pod ręką egzemplarz "Cienia wiatru" [btw. dziękuję Agnieszce za tę niesamowitą książkę]]. Ja oczywiście odpowiedziałem że bardzo lubię, na co młody zrobił wielkie oczy i powiedział, że to dla niego bardzo dziwne bo on nie lubi. Ja pytam więc co on lubi robić w wolnym czasie. Odpowiedź: "grać na kompie". Czujecie?

Żeby nie było. Nie jestem przeciwnikiem gier komputerowych, ani innych tego typu rozrywek. Sam z pewnością w swoim czasie mojemu ewentualnemu potomkowi też taką rozrywkę udostępnię. ALE. Nie może to być jedyny rodzaj aktywności w życiu dziecka. Gra jaka by nie była, nie sprawi, że dziecko będzie bardziej elokwentne, a między ludźmi będzie umiało jasno formułować swoje poglądy. Ha, żeby miało jakiekolwiek poglądy to jednak potrzebuje stanowczo wielu rzeczy, a strzelanina-zabijanina jest chyba na ostatnim miejscu.

Jeszcze inną sprawą jest zachowanie jakie dzieci wynoszą z domu. A raczej jego coraz większy brak. Jeżdżąc na zebrania do mojej siostry, która jest w liceum, spotkałem się z sytuacją, gdzie wychowawczyni skarżyła się na złe zachowanie dzieci w grupie jaką jest klasa [a jest to liceum z czołówki a nie zbieranina indywiduów]. Podkreślała, że każde z osobna to urocza postać, natomiast w grupie jest niezdrowa rywalizacja i napięcie. Głos nagle zabrała jedna z matek "Ale moja córka jest przecież naprawdę fajną osobą, ona w domu tak fajnie się zachowuje, ja jej ciągle to powtarzam że jest bardzo fajnym człowiekiem..." Reszta rodziców ochoczo przytaknęła. "No tak", myślę sobie, "to tutaj mamy problem. Jeśli ty mówisz młodej, że jest taka fajna i w ogóle hiper mega odjazd, a reszta pewnie robi to samo, to takie dziecko przychodzi do grupy, w której 90% członków jest tak fajnych, że ktoś inny, kto również myśli że jest fajny - jest wrogiem". Ale co ja tam się młody miałem odzywać. Może któreś z nich przypadkiem się natknie na ten wpis i sam zweryfikuje co robi. Wychowawczyni - naprawdę urocza osoba - mówiąc o zachowaniu poruszyła również fakt, że dzieci nie mówią swoim nauczycielom głupiego "dzień dobry", nie umieją formułować argumentów w dyskusjach, nie odnoszą się do nauczycieli z szacunkiem [jedna z uczennic na lekcji wyszła z sali mówiąc "chyba pani żartuje!"]. Gdzie dzieci mają się takich rzeczy uczyć? W domu. Od małego. Ale gdy rodzice wolą kupować im drogie zabawki i patrzeć żeby tylko nie zrobiło im się broń Boże przykro, a nie wpajać zasady zachowania i uczyć jak żyć, to nie dziwmy się, że wyrasta na naszych oczach pokolenie oświeconych chamów i prostaków... 

Nie wypowiadam się więcej bo ktoś mi zarzuci brak doświadczenia. Polecam natomiast przeczytać książkę "Bojowa pieśń tygrysicy" autorka: Amy Chua. Dowiemy się dlaczego chińskie matki wychowują zahartowane i mistrzowskie dzieci a amerykańskie miernotę z przerośniętym ego. Może to trochę zbytnia polaryzacja jak na polskie warunki, ale patrząc na dzisiejszą polską dziatwę, dochodzę do hipotezy, że od amerykańskiej dzieli ją jeszcze jedynie mniejsza ilość samochodów w domu i mniej kilogramów per capita.
Do usłyszenia.

wtorek, 5 lipca 2011

Pochwała głupkowatości

Łolaboga dawno już nie pisałem. To wszystko przez sesję i wszystko co z nią związane, czyli nauka, sen, sen, nauka, sen, sen, sen.... itd. Studenci wiedzą, już-nie-studenci też, jeszcze-nie-studenci jeszcze nie wiedzą co ich czeka. Be afraid.

Trochę myśli się nazbierało, lecz nie wiem kiedy i jak je uporządkuję, i czy ujrzą światło, jakie daje im wszechobecny internet. Zacznę od najświeższej myśli... choć tak naprawdę kisła ona od dłuższego czasu gdzieś pomiędzy moimi komórkami nerwowymi.
Mianowicie, tak jak w temacie... no dobra prawie jak w nim, bo nie mam wcale zamiaru głupkowatości pochwalać, jednakowoż ciągle mi się zdaje, że wszystko dookoła mnie uważa inaczej. Czasem mi się zdaje, że świat dookoła mnie czeka na kogoś, kto będzie z siebie robił idiotę. Oczywiście korzyść jest obopólna, bo ludzie na ogół szukający łatwej rozrywki dostają ją prawie podetkaną pod sam nos, a osoba głupkująca zwykle odczuwa niesamowitą satysfakcję z bycia w centrum zainteresowania. Z czego wynika nasza skłonność do gapienia się na idiotów i rykośmiechu z ich [najczęściej] marnej jakości prób zdobycia zainteresowania? Nie podpieram się żadnymi badaniami empirycznymi, ani statystykami. To co własnie piszę to moje własne myśli i obserwacje najbliższego otoczenia i próba włożenia tych obserwacji w jakiekolwiek tło psychologiczne [tak więc proszę darować sobie ataki w stylu "skąd wiesz?" czy też "na jakiej podstawie tak twierdzisz"].

Do rzeczy. Czemu śmieszą nas ludzie robiący z siebie głupków? I na razie pomijam kabarety zawodowe trudniące się pełnoetatową rozrywką - o nich później. O co mi chodzi... z pewnością wielu z nas [błąd empiryczny, który i tak zamierzam podtrzymać] zna choć jedną osobę, która w towarzystwie zawsze robi z siebie idiotę i która tak naprawdę nie wykazuje wybitnych zdolności w innych dziedzinach, albo może i wykazuje, ale i tak nikt o nich nie ma pojęcia. Tak więc przypuśćmy, że taka osoba chce być "szał-szok-szpan" tylko że nie ma ani szału, ani szoku a tym bardziej szpanu... zostaje jedna droga... wygłup. Najlepiej taki żeby był śmieszny i zjednał zainteresowanie otoczenia. Według mnie to dość niski sposób zaspokojenia potrzeby uznania i docenienia społecznego, ale cóż... coraz więcej takich osób niestety spotykam... Pytanie... dlaczego takie wygłupy bawią znakomitą większość społeczeństwa, przynajmniej ja tak to widzę. Albo to ja jestem sztywniakiem [w co szczerze wątpię] albo niektórym wystarczają do śmiechu naprawdę niskie pobudki. Z czego się zwykle śmiejemy... [chociażby patrząc na kategorie najbardziej popularnych dowcipów] z innych narodów... z seksu... z Żydów... z Jasia i Małgosi [z seksu].... z głupiego Jasia...
Sam muszę przyznać, że jak byłem młodszy i mniej wykształcony [nie twierdzę, że teraz jestem nie-wiadomo-kim, ale dobre szkoły robią jednak swoje] sam się od tych dowcipów zataczałem... teraz jednak słysząc po latach te prikolaski [jak to nazywają Litwini] nie śmieszą mnie wcale. Ba, nawet powiedziałbym, że wywołują lekkie zażenowanie... bo tak naprawdę z czego tu się śmiać. Głupich Jasiów na pęczki w obecnych szkołach podstawowych i gimnazjach. Awersja do Żydów ciągle i niezmienne obecna gdzie nie spojrzeć. Innych narodów nie lubimy jak dawniej... Czyżbyśmy się śmiali z tego w czym tak naprawdę nie jesteśmy dobrzy... ? [Celowo przemilczałem w głównym tekście tę ostatnią kwestię...] Hm, jeśli jest jak mi się wydaje... to... wychodzi na to, że wcale nie mamy się z czego śmiać... Żeby było jeszcze fajniej to cała masa dowcipów i skeczy polega na tym, że śmiejemy się z nieszczęścia innej osoby lub robienia z siebie głupka przez kogoś innego. A więc wyśmiewamy kogoś kto jest głupszy niż my sami w zakamarkach naszej świadomości... Teraz pytanie. Zawodowe kabarety wiedzą to wszystko i... podają to czego widz się spodziewa. Czyli coś przy czym sam wydaje się mądrzejszy i inteligentniejszy. Patrząc na coraz niższy poziom nawet tych oficjalnych kabaretów, że już nie mówię o dowcipach, nasuwa się wniosek, że niedługo trzeba będzie się śmiać z ludzi umysłowo chorych, bo tylko oni będą na tyle mniej rozwinięci od nas żebyśmy mieli się jeszcze z czego śmiać... Mnie to przeraża... żałośnie.

Wracając na codzienne podwórko. Z coraz większym smutkiem obserwuję, że ludzie którzy potrafią zrobić z siebie głupka trafiają do innych lepiej niż ja, zwykle poważny i zachowawczy nawet wobec bliższych znajomych. Coraz częściej zauważam, że deklasuje mnie to w różnych znajomościach. Niestety, albo stety nie mam zamiaru robić z siebie bawoła na pośmiewisko żeby tylko sobie kogoś zjednać. Lecz z każdym dniem jest mi coraz bardziej żal nas ludzi, bo nasze wymagania obniżają się i przesuwają z powrotem w drabinie ewolucji z pozycji "włącz myślenie" w kierunku pozycji "działaj jak zwierze", a te dowcipy to tylko jeden z wielu tego przejawów.