wtorek, 14 lutego 2012

O święcie chorych na epilepsję

Po długiej ciszy znów mam czas żeby pisać. Po trochu piszę też, ponieważ znajomi znów zaczęli dopytywać się, dlaczego to od dłuższego czasu nic nie pisałem. Pochlebstwa takie oczywiście łechtają przyjemnie moja próżność,  która tak zaspokojona udziela się również pozostałym moim instynktom. Z drugiej strony nakładają one jednak obowiązek jeśli nie ciągłego rozwoju i podnoszenia jakości tekstów, to przynajmniej zachowania ich na dotychczasowym poziomie. Inną kwestią, którą jeszcze pragnę podjąć zanim przejdę do meritum notki jest pewne podsumowanie rocznej działalności tego bloga. Patrząc na wszystko, co pisałem dochodzę do wniosku, że po pierwsze potrzebuję większej regularności, której nie udało się jednak utrzymać. Po drugie objętość większości notek może potencjalnego czytelnika odstraszyć, a wytrwałych przynudzić. Po trzecie wreszcie [dziękuję za cenną uwagę w jednym z komentarzy] interpunkcja u mnie kuleje bardzo mocno i używana jest trochę według mojego własnego "widzimisię". To są moje postanowienia nowoblogoroczne. Regularniej, treściwiej, poprawniej. To wymagające, ale również potrzebne, dlatego stosując się do zasady treściwości kończę ten krok [a raczej całą pielgrzymkę] w bok i do rzeczy.

Dziś święto osób chorych na epilepsję, urodziny mojej dobrej znajomej [przy okazji składam również tu publiczne życzenia :)], a także jakże różowe, przesadne i komercyjne święto zwane walentynkami. No cóż, można ten wywód uznać za narzekania człowieka samotnego, ale przez to być może bardziej obiektywnego pod tym względem. Całe to zamieszanie jest dla mnie manifestacją pretensjonalności towarzyszącej dzisiejszemu społeczeństwu na każdym kroku. Widząc dziś szczególne nagromadzenie par wszelakich krążących po stolycy, ściśniętych w autobusach tramwajach i metrze, nabożnie chroniących wszelkie kwiaty, bombonierki, upominki itp. przed cisnącym zewsząd tłumem, zapytałem siebie, czemu tylko dziś? Moja znajoma Lilfox na swoim blogu napisała to  http://lilfox.pl/ . Prawdziwie zakochanym ludziom nie potrzebne są walentynki by wręczyć kwiaty, zaprosić na kolację i wiele innych rzeczy mających wyrazić uczucia. Odnoszę wrażenie, że nagle czternastego lutego wszyscy przypominają sobie o tym jak mało dbali o szczęście swojej połówki przez cały rok i nagle chcą nadrobić go w jeden dzień, by potem znów zapomnieć o rocznicach, nie przykładać atencji i ciągnąć na przyzwyczajeniu... Jak jest u każdego z nas? Niech każdy odpowie sobie sam.

Oczywiście, nie neguję święta samego w sobie, bo przecież jest to czas jeszcze bardziej specjalnego pochylenia się dwojga ludzi nad tym, co ich łączy, ale nie może być ono substytutem całych miesięcy oddalenia. Jeszcze inną kategorią są osoby, które obchodzą ten dzień niejako "na pokaz". Bo przecież trzeba pochwalić się wszystkim znajomym "jaki to mój misio jest cudowny, wspaniały i uroczy, i w ogóle och i ach", a najlepiej jeszcze przez fejsika czy naszą-bezklasę. Takim parom nie wróżę długiej przyszłości [w większości]. Ale, nie byłoby wielkiej pompy bez pieniędzy, bo przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto na ludzkiej próżności zarobi i to z reguły całkiem nieźle. Pomyślmy, jak wielkie skoki przychodów mają nagle kwiaciarnie, firmy produkujące coraz to bardziej wymyślne czekoladki, bieliznę, kosmetyki itp. Utwierdziłem się w tym przekonaniu jeszcze bardziej po tym, jak przeczytałem artykuł w dzisiejszym Pulsie Biznesu pod tytułem "Bankowe Walentynki". W materiale można znaleźć różne ciekawe promocje banków, które oferują zniżki na "walentynkowe artykuły" czy bilety na pobyt w hotelu czy spa. Autor odwołuje się również do badań wskazujących na zwiększoną aktywność konsumencką podczas weekendu poprzedzającego walentynki oraz wzrost zysku odpowiednich firm.

Do czego zmierzam. Nie pozwólmy, żeby walentynki były jedynym dniem, kiedy przypomnimy sobie, że "trzeba kupić kwiatki" czy "zaprosić na kolację", czy cokolwiek innego [nie mam zamiaru wszystkiego teraz wyliczać]. Powtarzając za Lilfox, życzę walentynek przez cały rok. Nieustannie. Nie dajmy się porwać modom i prądom, wprowadzając jeszcze jedno rutynowe święto, kolejny obowiązek, który odbiera całą magię i urok miłości czy zakochania.

sobota, 12 listopada 2011

Unifikacja oddziaływań słabych

Czemu taki tytuł? Po to żeby było przewrotnie. Może kojarzyć się z fizyką, lecz o niej nie będzie. O czym będzie - nietrudno się domyślić - o ludziach. Po pierwsze wyjdźmy z założenia, że człowiek mając wpływ na otoczenie jest oddziaływaniem. Czy tytuł już jasny?

Bazując na tym samym schemacie [obserwacja - przemyślenie - napisanie]. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że obracam się w świecie w którym wszyscy zaczynają być do siebie podobni... broń Panie Boże nie mam na myśli cech fizycznych [przecież mówiłem że żadnego aspektu fizycznego tu nie będzie]. Chodzi mi jak zwykle o to co siedzi głębiej.

Jadę sobie jakiś czas temu skmką w stronę stolicy i nagle słyszę jak na którejś stacji znajomy głos woła "oooooo! cześć"... "Kurczę", myślę, "jakiejś znajomej nie zauważyłem?" Po chwili odwróceń i wychyleń głowy doszedłem do wniosku, że głos wydobyła z siebie ~20 letnia dziewczyna z nienaturalną opalenizną i długością paznokci, która co prędzej wymieniła tak głośno jak tylko jej głosik pozwalał najświeższe plotki ze swoją kumą [która o dziwo miała taki sam ton głosu, tak samo akcentowała, i śmiała się dokładnie z tych samych faktów]. Na szczęście opuściłem pociąg w śródmieściu i byłbym o tym zapomniał, gdy tu nagle słyszę podobny głos parę kroków ode mnie. Tym razem była to dziewczyna na pierwszy rzut oka sprawiająca wrażenie całkiem inteligentnej, aczkolwiek dość nieuważnie podającej na cały głos numer dostępu do internetowej obsługi bankowej [napomknę że jesteśmy na stacji Warszawa Śródmieście]. Żeby nie było, że się czepiam kobiet, posłuchałem dla kontrprzykładu rozmów w tramwajach, autobusach, na uczelni i w różnych innych miejscach. Co stwierdziłem? U facetów występuje dokładnie takie samo zjawisko, tylko że w tym przypadku dużo łatwiej powiązać ludzi w pewną grupę.

Po przeprowadzeniu badań organoleptycznych, mogę stwierdzić że wśród kobiet każda tzw. solara mówi w ten sam zmanierowany sposób. Najbardziej zastanawiającym jest jednak fakt, że co bardziej rodzicobogatna i odlansowana "inteligencja" mówi w zdumiewająco podobny sposób [sic] i w tym wypadku dotyczy to zarówno kobiet jak i mężczyzn. Proste badanie: wystarczy posłuchać jak zaczynana jest rozmowa: [nie umiem oddać literami tonów i przedłużeń, ale się postaram:]
-Noo czeeeeeeeeść
-O heeiii! Coo taam...?
-A wiesz [opcjonalna "kurwaa" w przypadku facetów]
a. jaaakos' leciii
b. maaam takieeeg kaaaca
c. etc...

Ja wiem że działają pewne upodobnienia międzyludzkie i długo ze sobą przebywając pewien sposób mówienia może zostać uwspólniony... ale na litość, wątpię żeby nienaturalna opalenizna często widywała się z klasą okularów-kujonek [najlepiej Ray-Bana]. A teraz pytanie. Z czego to może wynikać? Śmiem pokusić się o dość szokującą hipotezę. Ludzie z pewnymi dysfunkcjami umysłowymi również mają skłonność do przeciągania, i nieoczekiwanego akcentowania słów. Może po prostu nasze społeczeństwo zaczyna używać mózgu coraz rzadziej i na krótki dystans? Przecież teraz wszystko ma być proste do ogarnięcia, proste do zrozumienia, proste w odbiorze, a broń Boże ["ateiści" jak zdarzyło mi się posłuchać czasem również używają tego zwrotu] jeśli coś ma w sobie trochę matematyki. Tak więc jak wszystko ma być proste, to w sumie czemu używać wyszukanych słów czy pracować nad indywidualną intonacją, czy też wymową jakąkolwiek w ogóle. Mówmy wszyscy tak samo, wtedy bez większych wysiłków się zrozumiemy. Idźmy tym tropem dalej. Upraszczające się społeczeństwo potrzebuje przecież najprostszych rozrywek: czy to pełne przyziemnej i wyreżyserowanej rywalizacji teleturnieje z cyklu "The Voice of Poland", lub najsłabiej pod słońcem zagranych "Trudnych spraw" lub śmierci Hanek... Inni z kolei nie mogą porzucić dzikich łubudubu imprez gdzie alko leje się strumieniami [a potem rywalizacja: ja to się tak nachlałem, że prawie wpadłem do basenu... A ja to skończyłem w łóżku z kumplem... O! A ja z dwiema napalonymi panienkami. Ha, a ja w kiblu" Teraz uwaga. Nie mówię żeby wszystko to teraz porzucić i chodzić tylko do teatru i filharmonii, czytać klasykę i trzymać nos powyżej czubka głowy. Nie. Wszystko jest dla ludzi, ale dlaczego dzięki temu wszystkiemu musimy się upraszczać? Czemu mamy żyć tylko od uchlania do uchlania czekając tylko aż będzie z kim iść do klubu? Czemu tak wielu ludzi mianujących siebie "inteligentami" dąży do tego żeby spłycać siebie na tyle różnych sposobów? A może ewolucja robi psikusa i poprawiając wygląd człowieka jednocześnie zmniejsza rozmiary naszej czaszki? [To by było proste i wygodne]. Jaki wpływ na otaczający świat ma tak zblazowana osoba? Żaden. Czym różni się od innych? Niczym. [Paradoksalnie każda z nich żywi głębokie przekonanie, że jest jedyna w swoim rodzaju - bo Ray Banki ograniczają trochę pole widzenia.] Czyim głosem mówi? Opinii publicznej [czyli de facto niczyim, albo jakimś tam]. Czy potrafi zdefiniować kim jest i co robi? Jakoś tak ogólnie tak, ale w sumie to jest romantycznie nieokreślona. Krótko: unifikacja jednostek słabych w wielką bezmyślną homogeniczną poglądowo papkę. Nie chcę teraz apelować i głosić manifestów w stylu: "Ludzie! Myślcie! Bardziej! Nie... jeszcze nie wystarczająco!" [chociaż może niektórym by się przydało]. Chcę natomiast żeby trochę zatrzymać się nad tym, kiedy wyłączamy mózg a włączamy bezmyślenie gdy właśnie myślenie i ciągła rewizja rzeczywistości jest potrzeba.

niedziela, 25 września 2011

Któż otrze anielskie łzy

Jak co roku we wrześniu, w konstancińskim amfiteatrze odbył się rodzinny festyn anielski organizowany przez zgromadzenie sióstr od aniołów. Po raz kolejny miałem okazję pomagać przy jego organizacji wraz z paczką tłuszczańsko-warszawsko-konstancińską.

W tym roku nam wolontariuszom udało się przyjechać dość wcześnie poprzedniego dnia więc mieliśmy więcej czasu aby uczynić wszystkie niezbędne przygotowania. Szczerze mówiąc gdy przyjeżdżaliśmy wieczorem to wszystko było już gotowe do przewiezienia i rozstawienia więc niemiałem dokładnie pojęcia ile pracy kosztuje siostry przygotowanie i ogarnięcie całego festynu. Nam zostało przydzielone w prawdzie niewiele, ale i tak poczuliśmy presję czasu. Dodatkowym dystraktorem była wiadomość która zaburzyła nam rytm pracy, ale o której nie chcę w tym momencie pisać, ponieważ wywołała zbyt dużo nieprzyjemnych emocji. Tak czy inaczej, z pomocą chyba tylko aniołów, czuwających nad nami udało się przygotować wszystko [mimo że część została na niedzielę rano]. W niedzielę pojawiło się jeszcze więcej pomocnych ludzi, którzy zajęli się kuchnią, namiotami i wieloma innymi kwestiami wymagającymi uwagi. Oczywiście nie obyło się bez nerwów i napięcia, czy ze wszystkim uda nam się wyrobić. Na szczęście Aniołowie czuwali. Doskonałym przykładem jest fakt, że poprosiłem siostrę Anię o to by podwiozła mnie na chwilę do domu, bo zapomniałem kilku rzeczy. Z początku nie za bardzo chciała, bo jako organizator główny, musiała doglądać wszystkiego na miejscu, jednak gdy pojawiła się siostra Ala z tą samą prośbą, samochód został odpalony i szybciutko pomknęliśmy do domu. Okazało się, chwilę przed naszym przybyciem przybyły jeszcze dwie wolontariuszki, które nie miały pojęcia jak dostać się do tężni i dzięki temu że przybyliśmy akurat w tym momencie mogły zabrać się z nami.

Mimo naszego ludzkiego nieuporządkowania i różnych emocji, Aniołowie ze swoją niebiańską doskonałością czuwali aby wszystko kręciło się jak w zegarku. Wystarczyło tylko pozwolić im się poprowadzić. Jak co roku nie zabrakło atrakcji takich jak loteria, czy kącik malucha [jak zawsze przeżywającego istne oblężenie ;)]. Ponadto na scenie co i rusz zmieniali się wykonawcy. I tak mieliśmy świetlicę z Wilna ze wzruszającym przedstawieniem, rodzinę [bardzo liczną] która zaśpiewała kilka utworów, pojawiła się młodzież z liceum im. Stanisława Kostki.  A już wspaniałym zwieńczeniem całego eventu był koncert zespołu Anielsi. Grupa młodych ludzi grająca bardzo dobrą muzykę chrześcijańską wzbudziła w nas wszystkich niesamowity nastrój. Przede wszystkim musze pochwalić wokalistki Paulinę i Jagodę za bardzo dobre zgranie się w śpiewie. Fajnie byłoby gdyby czasem pojawili się może na jakichś reko w Konstancinie ;).

Tymczasem festyn minął. Za pół roku nadejdzie festyn misyjny, a ja odjechałem z poczuciem, że tak wiele aniołów zgrało się w jednym miejscu i w jednym czasie  dając przy tym uczucie uniesienia i spełnienia czegoś dobrego.

wtorek, 13 września 2011

Nie takie głupie te rady

Znalazłem u kogoś na fejsie. I muszę przyznać, że w sumie nie takie głupie to to jest..
Nie wszystko zaraz takie prawdziwe, ale czasem warto spojrzeć i od tej strony...

A. Mam nadzieję, że jasnym jest fakt, że trzeba kliknąć by powiększyć...
Tak się tylko upewniam.

czwartek, 25 sierpnia 2011

La vie passe


A tak mi się zebrało na smuta na urodziny :) ;) :,)


Je vois défiler des visages
Je vois passer des regrets
Autant de rêves qui sont de passage
Que j'ai laissés en marge
Quand j'aurais dû rêver

J'ai vu disparaître des mirages
Qui ne reviendront jamais
J'ai vu encore tellement de voyages
Finir par faire naufrage
Alors qu'ils commençaient

La vie passe
Et je n'ai rien vu passé
La vie passe
Je ne fais que l'emprunter
Le temps passe
Je n'ai pas su l'arrêter
Et j'ai simplement oublier d'aimer

J'ai résisté à bien des languages
Que j'aurais du parler
Mais est-ce encorefaire preuve de courage
Que de marquer des pages
Sans être satisfait

La vie passe
Et je n'ai rien vu passé
La vie passe
Je ne fais que l'emprunter
Le temps passe
Je n'ai pas su l'arrêter
Et j'ai simplement oublier d'aimer

Je ne veux pas croire sans doute
Je ne veux pas croire
Que la route est fermée
Je veux entrevoir où aller
Me donner le droit
Qu'un homme peut se donner
De tout abandonner

La vie passe
Le temps presse
La vie passe
Et je n'ai rien vu passer
Tout s'éfface

La vie passe
Et je veux la voir passer
La vie passe
Je veux te voir l'emprunter
Le temps presse
Tu auras su l'arrêter
Le temps cesse
Mais j'aurais au moins aimé
La vie passe
Et elle pourra bien passer
La vie passe
Et je voudrais la passer avec toi

środa, 24 sierpnia 2011

O poznawaniu

Z góry uprzedzam tych, którzy mogą wziąć ten post... zbyt personalnie. Nie miałem na celu ujawniać ani odnosić się do jakichkolwiek prywatnych rozmów. Piszę pod wpływem tego co usłyszałem [jak zwykle z resztą], a co wydaje mi się również odpowiednie i z czym się bardzo zgadzam.

A co takiego usłyszałem? Będąc na Mszy w kościele [bez uprzedzeń ze strony tych nie-do-końca-wierzących], kazanie głosił młody diakon. Wyszło ono od tematu poznawania drugiej osoby. Pisząc tę notkę bazuje właśnie na tym, jednak dokładam parę rzeczy od siebie więc uprzedzam, że nie jest to dokładny cytat czy choćby streszczenie tego o czym była mowa. Uprzedzam, że ta notka nie należy do kategorii "religijne", która to ma swoje miejsce na tym blogu. Do rzeczy:

Spotykając jakąś osobę pierwszy raz zwykle nie możemy od razu stwierdzić czy chcemy ją poznać i zawrzeć bliższe więzy przyjaźni. Ok. Spotkany człowiek wywiera na nas jakieś tam pierwsze wrażenie, ale okazuje się ono najczęściej mylne lub niepełne. Zostawmy więc na boku te wszystkie niedospotkania, których nawet nie zapisujemy świadomie w naszej pamięci. Pochylmy się nad spotkaniami, które owocują poznawaniem człowieka.
Tu przechodzę do głównej myśli: jak poznajemy człowieka? Nie chodzi mi tutaj o skomplikowane reakcje w naszym mózgu, ani też społeczne uwarunkowania. Również nie chodzi mi o to w jaki sposób wybieramy ludzi, których chcemy poznać, a których nie. Chcę się pochylić nad tym, jak poznajmy człowieka, jeśli już zdecydujmy się go poznać, lub zostaniemy do tego po trochu zmuszeni [chociażby w szkole, pracy, nowej grupie]. Na co zwracamy uwagę lub nie i jak to wpływa na ewentualny obraz tej osoby w naszych oczach.

Nie znając drugiej osoby ludzie często kombinują, jak by tu się pokazać z jak najlepszej strony, co wychodzi im ze skrajnie różnym skutkiem, czego dowodem są wspomniane przed chwilą pozory. Oczywiście takie kombinacje są zrozumiałe, bo przed każdą nową osobą chcemy pokazać jej same zalety, aby nas polubiła, podziwiała i Bóg wie co jeszcze. Całkiem zrozumiałe, że przykrywamy swoje niepewności, niedociągnięcia, niewiedzę, a eksponujemy [często nieprawdziwie] cechy atrakcyjne.......
I niestety bardzo często poznanie drugiej osoby na tym się tylko kończy. Tworzy się w oczach poznającego pryzmat przypisany do konkretnej osoby i co by się później nie stało to przekrzywiony obraz osoby już zostanie. Czemu przekrzywiony? Bo nasze starania dotyczące poprawienia nas samych w oczach innych odnoszą czasem skutek przeciwny i niechcący zamiast wyjść na  na przykład towarzyskich, wychodzimy na męcząco-nudząco-gadatliwych. I to się zdarza nawet wtedy, gdy nie udajemy przy pierwszym spotkaniu. I tak nam się dostaje, bo chociażby milczący i obserwujący wychodzą na mruków, lecz tak naprawdę mogą to być bardzo wesołe osoby.
A więc pytanie: Gdzie coś szwankuje? Bo w ten sposób wszyscy się do siebie zniechęcimy i przybierzemy strukturę porfirową niczym pewien rodzaj skał [dla niewtajemniczonych: struktura porfirowa skały to struktura polegająca na tym, że w jednolitym cieście skalnym zatopione i oddzielone od siebie są prakryształy minerałów - tu chodziło mi o bardziej finezyjne określenie separacji jednostki :)]. A czy już czegoś takiego nie obserwujemy? Jednostek ludzkich w niewidzialnych bańkach? Lecz nie oddalając się. Gdzie coś się psuje? No dobra, można próbować zmienić innych i mówić na pierwszym spotkaniu: "Cześć jestem Kamil, i mam prośbę. Zanim się przedstawisz weź odrzuć wszystko, co sobie wymyśliłeś na temat własnej osoby i pokaż mi swe prawdziwe oblicze"
...
..
.
No tak, brzmi głupio.
Czy nie zręczniej jest trochę przetuningować nasze patrzenie? Nie mówię tu żeby zaraz przy pierwszym spotkaniu kompletnie poznać drugiego człowieka - bo tak się nie da! Poznawanie to proces długotrwały, o czym niektórzy chyba zapominają i potem mamy, co mamy. W trakcie tego procesu należy podchodzić do drugiej osoby z prostotą. Uwaga, prostotą to znaczy poznawać cechy, które są w tej osobie dobre i wartościowe, a cechy negatywne dopisać zaraz obok tych fajnych i tak je zestawiwszy, dopiero można układać sobie zdanie o tej osobie. Patrzenie przeciwne, to znaczy wybieranie cech negatywnych, stawianie ich na pierwszym planie, eksponowanie ich, nawet jeśli to jakieś drobne rzeczy, których drugi człowiek chce się sam pozbyć, a potem dopisywanie jakichś tam cech pozytywnych to nie prostota, a PROSTACTWO. Przecież bardzo łatwa i wygodna jest ocena tylko po jednej rozmowie i stwierdzenie w stylu "o ten to ma wysokie mniemanie o sobie" i postrzeganie człowieka jako nadętego lub przewartościowanego. Ktoś powie, że to trudne, że tak to można tylko z przyjacielem, że nie ma czasu na takie głupoty... Bzdura! Poznawanie w ten sposób nie równa się przyjaźni. Przecież to tylko dostrzeżenie cech człowieka poza pozorami, które stara się stworzyć. Czasem niemożliwe, czasem długotrwałe, ale czasem przynoszące korzyści. To przecież tylko niezamykanie drugiej osoby w szufladzie i scementowanie poglądu bez jego weryfikacji - innymi słowy lenistwo w elementarnych i codziennych międzyludzkich kontaktach.

Przyjaźń... o to już mocniejsze słowo. Może się zacząć wtedy, kiedy znamy drugą osobę. Kiedy mamy choćby jako takie pojęcie o wadach i zaletach. Wtedy możemy świadomie zadecydować czy pozostajemy w strefie kontaktów koleżeńskich, czy może idziemy dalej w przyjaźń [która często wychodzi sama]. Oczywiście mając już rozpoznaną relację, znamy zalety drugiej osoby i to jest nasz punkt wyjścia - widzieć w człowieku jego dobro, ale nie zapominać o wadach. Je trzeba dopuszczać, starać się je współzrozumieć i pomóc je bardzo stopniowo przezywciężyć drugiej osobie, po to aby dzięki naszej mniejszej lub większej asyście ktoś stał się lepszy [uwaga asyście, a nie naciskowi - bo tu znowu wkrada się prostactwo]. O przyjaźń trzeba nieustannie dbać, pielęgnować ją, dostarczać jej spotkań i rozmów, niczym drewna do kominka, w którym płonie ogień. To o czym przed chwilą pisałem to jakby dobrej klasy węgiel, który mimo że czasem ogień wygasa, długo trzyma żar, daje ciepło i pozwala na szybkie ponowne rozniecenie płomienia.

Sposób może trudniejszy, ale czy nie staliśmy się zbyt rozleniwieni w tej dziedzinie, jak i w każdej innej? Czy pozostaje nam już tylko poznawanie się wyłącznie na podstawie profili na portalach społecznościowych [które notabene są bardziej przemyślanymi pierwszymi wrażeniami]. Mając zautomatyzowane na oko 60 procent życia, nie pozwólmy by automatyzm wdarł się tam gdzie najlepiej użyć zrozumienia

wtorek, 9 sierpnia 2011

Nocne niebo latem

Wakacyjne wyjazdy, biwaki, ogniska szczególnie nad morzem, w górach lub na Mazurach sprzyjają obserwowaniu nieba. Letnie niebo jest spokojne, powiedziałbym nawet leniwe... tak jak czas, w którym przyszło mu występować. W pogodną noc, późną porą [z powodu długich dni najlepszy czas zaczyna się dopiero około 23.00] patrząc na południe i zachód możemy zobaczyć taki obraz:
W oczy rzucają się trzy, może cztery jasne gwiazdy. Prawie na samym południu mniej więcej w połowie odległości od horyzontu do zenitu widzimy gwiazdę o imieniu Altair. Jest to najjaśniejsza gwiazda w konstelacji Orła [według Greków króla ptaków - ptaka Zeusa, który wydziobywał Prometeuszowi wątrobę... dzisiaj za niego robi to alkohol.] i jednocześnie 10 pod względem jasności na całym niebie. Gwiazdozbiór ten oprócz Altaira tworzy jeszcze kilka słabiej widocznych gwiazd, a wszystkie leżą na Drodze Mlecznej lub w bliskim jej sąsiedztwie.

Na prawo i nieco w górę przyciągnie nasz wzrok jasnoniebieska Wega - najjaśniejsza gwiazda w Lutni. Gwiazdozbiór ten symbolizuje lutnię, którą Hermes dał w ramach przeprosin swojemu bratu Apollinowi, a tworzą go właśnie Wega i cztery słabo widoczne  gwiazdy. Ciekawostką jest fakt że 12000 lat temu kierunek północny wyznaczała właśnie Wega lecz na skutek precesji osi ziemskiej [czyli zmian jej położenia] jak wiemy dziś już tak nie jest. Żeby zobaczyć Wegę znów w północnym biegunie nieba musimy poczekać do roku 14000. Wega ponadto jest piątą najjaśniejszą gwiazdą nieba.

W mitologii chińskiej siódmego lipca obchodzi się święto Tanabata - gdy zbliżają się do siebie dwie gwiazdy północnego nieba Wega i Altair, rozdzielone przez Ama-no-gawa (Drogę Mleczną). Wedle chińskiej legendy Tanabata to para kochanków: Orihime (Wega) i Hikoboshi (Altair), którzy mogą się spotkać tylko raz w roku. Dla Japończyków to dzień, w którym spełniają się marzenia.

Na lewo i jeszcze bardziej w górę od Wegi i Altaira jest jeszcze jedna jasna gwiazda [prawie nad naszymi głowami]. To Deneb - najjaśniejsza gwiazda w Łabędziu - kolejnym niebiańskim ptaku. Tym razem jest to wcielenie samego Zeusa próbującego uwieść Ledę. Deneb to gwiazda pełna zadziwiających niesamowitości. Jest jedną z najdalszych gwiazd widzianych gołym okiem - światło od niej biegnie do nas 3228 lat. Mimo że pod względem jasności jest dopiero na dwudziestym miejscu, to sytuacja uległaby drastycznej zmianie gdyby postawić ją na miejscu Syriusza - wtedy oświetlałaby Ziemię tak jak księżyc w pełni. Gdyby postawić ją na miejscu Słońca wypełniłaby przestrzeń do orbity ziemskiej. Jak łatwo sobie wyobrazić to dość duża gwiazda, jedna z największych obserwowalnych gołym okiem [średnica 220 razy większa od Słońca]

Deneb, Wega i Altair tworzą razem tak zwany Trójkąt Letni [mały]. Bo tak naprawdę łatwiej nam wypatrzeć jasny trójkąt niż łamańce gwiazdozbiorów, w których większość gwiazd jest dość słabo widoczna gołym okiem. Czasami do tej trójki dorzuca się jeszcze Arktura - najjaśniejszą gwiazdę Wolarza znajdującą się dalej na zachód od wcześniejszych trzech. Arktur leży w linii prostej z Denebem i Wegą i z Altairem tworzy Wielki Trójkąt Letni.

Patrząc na północ spotkamy jakże dobrze nam znane Wieki Wóz bardziej na zachód i Kasjopeję [podobną do litery W leżącej trochę na boku]:
Jasna gwiazda bliżej horyzontu to Kapella - pamiętamy, że zimą była ona nad naszymi głowami. Na prawo od Kasjopei leży formacja kilku jaśniejszych gwiazd ułożonych niemalże w linii prostej na dużym obszarze nieba.
Pierwsza to Mirfak z gwiazdozbioru Perseusza [w sierpniu z okolic tego gwiazdozbioru wypatrujmy roju meteorów - Perseidów, maksimum około 16ego], kolejne trzy tworzą Andromedę a ostatnia to już gwiazda z Pegaza. Tak zwana grupa Perseusza to kilka gwiazdozbiorów powiązanych wspólną historią:

Perseusz był źle widziany przez króla Polidektesa, który zamierzał ożenić się z jego matką. Polidektes, chcąc pozbyć się Perseusza, wysłał go po głowę Meduzy Gorgony. Z pomocą Ateny i Hermesa bohater zabił potwora, a głowę Meduzy darował Atenie, która ją nosi na swojej tarczy. Z ciała zabitej Gorgony wyskoczył skrzydlaty koń Pegaz. Źrebię Celeris jest młodszym bratem Pegaza. W drodze powrotnej Perseusz uratował od niechybnej śmierci Andromedę, swą późniejszą żonę. Andromeda była przykuta do skały w ofierze dla przebłagania potwora Wieloryba, który z rozkazu Posejdona pustoszył wybrzeża Etiopii w królestwie rodziców Andromedy - Cefeusza i Kasjopei.

Źrebię to niepozorny gwiazdozbiór na prawo od Pegaza. Pegaz to przedłużenie Andromedy [przecież na nim siedzi] w kształcie łatwo zauważalnego prostokąta. Cefeusz to pięciokąt słabszych, acz widocznych gwiazd powyżej Kasjopei prawie nad nami. Jak widać bardzo podobała się ta opowieść, ponieważ zajmuje najwięcej nieba spośród wszystkich mitologicznych odniesień.