piątek, 6 maja 2011

Zakopane to odpowiednie miejsce... na wszystko... zawsze :)

Szczerze mówiąc nigdy nie miałem specjalnych planów na długi majowy weekend. Zwykle siedziałem w domu lub jechałem rowerkiem do babci i nic specjalnego nie działo się… no może poza trzeciomajowymi koncertami z orkiestrą. W tym roku miało być inaczej. Siostra Ala, którą znam z poprzednich dni skupienia w Konstancinie [patrz notka „Co stało się ostatnio”] lubi czasem nawiązać rozmowę przez fejsbuka. Tak więc pewnego marcowego dnia usłyszałem charakterystyczny dźwięk nowej wiadomości na czacie – wiadomości właśnie od s. Ali. Tak sobie rozmawialiśmy i od słowa do słowa zagadało się o beatyfikacji Jana Pawła II. Wyszło na to, że oboje nie jedziemy do Rzymu, ani nigdzie indziej, by specjalnie przeżyć ten wielki dzień… Potem rozmowa zeszła na tematy w stylu „fajnie byłoby się spotkać ekipą z dni skupienia… itp…” Właśnie w tym momencie w mojej głowie narodził się szalony pomysł. „To może wbijemy się ekipą do siostry do Zakopanego i wspólnie uczcimy ten dzień?” [siostra mieszka w Zakopanem – dla tych, co nie wiedzą] Trochę od czapy ten pomysł, bo ludzie mogą nie chcieć, dom być zajęty i w ogóle… Ale po chwili siostra pisze, że dom ma wolny i jest zgoda na ewentualne spotkanie… „No to super” – myślę, i kombinuję kto mógłby być chętny. Po ogłoszeniach na wspomnianym wyżej portalu [nie, nikt nie płaci mi za jego reklamę, choć może ktoś o tym w końcu pomyśli…?] i osobistych namowach uzbierała się całkiem spora grupa chętnych. Po drodze jednak okazało się, że nie wszyscy mogą jednak jechać… Tak czy inaczej spotkanie doszło do skutku - powstały Papieskie Dni Skupienia. I o nich dzisiaj.

Bilety kupiliśmy na dzień przed wyjazdem [swoją drogą chyba jedynym eleganckim osiągnięciem naszego rządu są zniżki studenckie 51% - dziękuję w imieniu wszystkich studentów]. Wyjeżdżaliśmy w piątek wieczorem [21.18] z dworca zachodniego. Oczywiście ja w piątek jeszcze niespakowany [wszystko przez moje studia, które wymagały ode mnie bycia w piątek na zajęciach i wygłaszania komentarza na ekonomii politycznej] musiałem się nieźle sprężyć wróciwszy z zajęć…, przez co zapomniałem kilku istotnych rzeczy [nie wnikajmy lepiej…]. Tak czy inaczej na dworcu ekipa z Tłuszcza [Ja, Paula, Marta i Magda] spotkała się z Marcinem i Piotrkiem [reprezentantami Otwocka i Konstancina]. Na dworcu dziki tłum ludzi czekających na pociąg. Jakoś tak wszystkim nagle zachciało się jechać akurat tym… No cóż… „To faceci zajmą się bagażami a dziewczyny ustawią się na strategicznych pozycjach i zajmą miejsca…" Taaaaaaak. Dziewczyny rzeczywiście przyjęły szyk rozstrzelony, ale… nic to nie dało, bo i jedne, i drugie drzwi były daleko od ich pozycji… Pierwsza wbiegła Marta i jak lew wywalczyła miejsce na nasze bagaże [na nasze siedzenia jednak już niestety nie…] No cóż… zadowoliliśmy się w ciągu dwunastogodzinnej podróży kawałkiem torby i dostawką. Jeden pan siedzący w przedziale trzymał miejsce dla swojej dziewczyny, która nie mogła przebić się do niego z drugiego końca pociągu… w pewnym momencie zrezygnował i zwolnił je. Oczywiście w tym samym momencie kazaliśmy usiąść Marcie, która to potem zmieniała się z innymi dziewczynami. Sytuacja poprawiła się za Krakowem, kiedy to część ludzi wyszła. Zaowocowało to poluźnieniem się korytarza i jednym miejscem w kolejnym przedziale. Na kolejnych przystankach miejsca przybywało, więc na dwie godziny przed przyjazdem każdemu udało się w miarę zdrzemnąć.

W końcu nadszedł upragniony moment i przybyliśmy. Wygramoliliśmy się lekko zaspani z naszymi bagażami i ruszyliśmy. Ledwie opuściliśmy perony pojawiło się zasadnicze pytanie… „To w którą stronę teraz?”…. eee… no właśnie. Jedyną osobą, uczestniczącą w rekolekcjach w Zakopanem był Piotrek… On natomiast też nie za bardzo się orientował… Nasze niezdecydowanie natychmiast zostało zauważone przez zawsze chętnych do pomocy [i do zarobku] panów taksówkarzy. „Gdzie trzeba?” pyta jeden z nich. A my: „…”. Wykonaliśmy baaardzo szybki telefon [każdemu padały już komórki] do Natalii, aby uzyskać nr do siostry [jakoś nikomu nie wpadło do głowy zapisać go z FB]. A zaraz po nim szybki telefon do siostry Ali. Uzyskaliśmy adres i mniej więcej trasę dojścia. Nie chcąc przetrzymywać pana taksówkarza załadowawszy bagaże i poleciwszy Marcie jechać z nimi do siostry, poszliśmy resztą przez poranne Zakopane. Doszliśmy do Krupówek. W tym momencie Piotrek nie był pewny jak dalej iść…, ale zobaczywszy bankomat i otwarty sklep zdecydowaliśmy się iść właśnie tam. Po chwili jednak jeszcze raz zadzwoniliśmy do siostry, aby upewnić się czy idziemy dobrze… Okazało się, że jednak powinniśmy zawrócić :). Gdy już odszukaliśmy drogę po nieśpiesznym spacerze znaleźliśmy się na ulicy Strążyskiej. Od niej skręciliśmy w pewnym momencie w lewo i pnąc się delikatnie pod górę ujrzeliśmy urodziwą halę skąpaną w pierwiosnkach i pszylaszczkach. Przed nami widniał w całej porannej krasie masyw Giewontu, a na prawo drewniana górska chatka. Piotrek już krzyczał, że właśnie tam zdążamy.

Przy wejściu przywitała nas siostra Ala, Marta i Asia. Jak tylko zdążyłem wymienić pierwsze uściski w drzwiach niespodzianie pojawiała się siostra Aneta [z Tłuszcza] :), która to przyjechała nocnym autobusem. Szybko wpakowaliśmy się do pokojów...[już wtedy pomyślałem „ja cieee ile tu schodów”]. Zaraz po tym każde z nas wykonało błyskawiczną toaletę i już po chwili siedzieliśmy wspólnie przy śniadaniu [w międzyczasie poznając Tereskę, Karolinę i Arka]. Przy posiłku zapoznaliśmy się z planem dnia oraz przede wszystkim pokrzepiliśmy się po nocnej podróży. Po śniadaniu nastąpiło spotkanie, podczas którego zapoznaliśmy się nawzajem i weszliśmy w klimat beatyfikacji słuchając słów Jana Pawła z placu zwycięstwa z pamiętnym zdaniem „Niech zstąpi Duch Twój. Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi… tej ziemi”. Dodatkowym elementem spotkania było wylosowanie dwóch fragmentów wypowiedzi papieża i ich rozważenie. Po tej sesji udaliśmy się na spacer w góry… no dobra bardziej w doliny niż same góry… tak czy inaczej wyszliśmy na szlak, który zaczynał się zaraz za wyjściem z domu. Mieliśmy iść w milczeniu coby mieć lepsze szanse na kontemplację i zachwycanie się.

Najsampierw [:)] udaliśmy się Doliną Ku Dziurze do Jaskini Dziura… obok szlaku przepływał potok i od razu w głowie pojawił się fragment „żeby źródło odnaleźć trzeba iść ciągle w górę strumienia”. Tak jak na ludzkiej drodze, na szlaku były miejsca gdzie łatwo było pośliznąć się i upaść, choć miejsca te z pozoru nie wydawały się wcale trudne. Raz trzeba było wejść pod górkę by zaraz potem odpocząć przy schodzeniu. Dookoła jak okiem sięgnąć górski las budził się do życia. Gdzieniegdzie zalegały jeszcze jesienne liście, które leżały ukryte pod śniegiem, lecz głównie dominowały świeża zieleń drzew oraz żółcie i fiolety kwiatów. Szlak w pewnej chwili skręcał w lewo i przecinał potok pnąc się ostrzej wzwyż. Na górze był mały taras z wejściem do jaskini. Ciemne, małe i jednocześnie fascynujące. Po wejściu ukazała się przyciemniona przestrzeń, do której światło wpadało przez szczelinę w stropie. W cieniu obok snopa światła leżał jeszcze zimowy śnieg [co dawało możliwość porzucania się śnieżkami w maju :)] … Tunel jaskini prowadził dalej i w dół ku ciemności. Nikt z nas jakoś specjalnie nie kwapił się by zbadać gdzie wiedzie. Wyszliśmy z jaskini i zeszliśmy z powrotem tak jak przyszliśmy. A co ze strumieniem i jego źródłem? No cóż. Widocznie w czasie naszej ziemskiej wędrówki niedane jest nam tutaj odnaleźć i zanurzyć się w źródle, którym jest sam Wszechmogący. Możemy wędrować wzdłuż strumienia, trzymając się jego dobrych dzieł, możemy zstępować w jaskinie, odchodzić od szlaku w celu poszukiwania rzeczy przyziemnych, lecz szmer strumienia niesie się za nami gdziekolwiek byśmy poszli. I gdybyśmy się nagle zgubili możemy wciąż odnaleźć drogę przy strumieniu, bo choć cichy to jednak ciągle obecny, ciągle szepczący i przywołujący. Zeszliśmy do miejsca, z którego ruszyliśmy i tym razem powędrowaliśmy Drogą pod Reglami na zachód ku Dolinie za Bramką. Tutaj mogliśmy się do woli zachwycać górską naturą w stanie wczesnowiosennym.

Po powrocie ze szlaku nastąpił szybki prysznic i obiad, po którym to udaliśmy się na adorację w godzinie Miłosierdzia Bożego [15.00]. Kolejnym punktem dnia była refleksja i praca w parach na temat „kim był dla mnie osobiście Jan Paweł II”. No właśnie. Tak wszyscy zachwycają się wielkością papieża, dobrocią i w ogóle…, ale, za kogo uważam go tak naprawdę ja sam, co zmienił w moim własnym życiu, czym będzie dla mnie jego świętość. Ku tym pytaniom właśnie miała nas skłonić ta praca. Owocem współdziałania nas wszystkich było natomiast orędzie, które JPII zostawił w nas samych: nie lękajcie i nie wstydźcie się budując na skale cywilizację miłości z Chrystusem. Wieczorem odprawiliśmy nabożeństwo zwane Drogą Światła – było to osiem spotkań Jezusa z uczniami po Jego zmartwychwstaniu. W atmosferze modlitwy i z zapalonymi świecami przeszliśmy w gasnącej poświacie zachodzącego słońca dookoła domu. Mimo że wieczór był jeszcze młody, to jednak po kolacji prawie zaraz udaliśmy się do łóżek, bo trud podróży jeszcze nieodespany dawał o sobie znać przez cały dzień.

Następnego dnia wstaliśmy wcześnie, aby pójść na Krzeptówki do Parku Fatimskiego, gdzie ustawiony był telebim, na którym transmitowana była Msza beatyfikacyjna. Od samego rana zanosiło się na deszcz. W drodze pojedyncze krople zwiastowały ulewę… która przyszła jak tylko zaczęła się liturgia. W gąszczu parasolek i kanonadzie złośliwych przytyków niektórych ludzi co do użytkowników parasolek udało się jednak wczuć w doniosłość beatyfikacji oraz moment, w którym papież Benedykt XVI ogłosił Jana Pawła II błogosławionym. Na ten moment deszcz zelżał, prawie ustał i leciutka tylko mżawka trwała do końca procesji z relikwiarzem. Na czas czytań niebo przypomniało sobie o strugach wody i lunęło dwa razy bardziej. Pierwsze czytanie odczytane zostało po polsku drugie po angielsku [w którym św. Piotr mówił, że musimy znieść chwilowe trudności i niedogodności, co w naszej wilgotnej sytuacji zdawało się pokrzepiające]. Zostaliśmy jednak jedynie do końca Ewangelii, jako że deszcz nasilał się, a potem okazało się, że wbrew zapowiedziom Eucharystia nie będzie udzielana w sanktuarium obok równolegle z Watykanem. Mokrzy, zmarznięci, trzęsący się z zimna wręcz opuściliśmy teren Parku Fatimskiego. Cudownym zbiegiem okoliczności natknęliśmy się na pustą taksówkę, do której weszły same dziewczyny oraz Arek [bo szkoda było marnować jedno miejsce] natomiast ja Piotrek i Marcin, poszliśmy pieszo nie natykając się na żadną taksówkę jadącą w naszą stronę. Po drodze zaszliśmy do sklepu i kupiliśmy lody coby zrobić naszym miłym koleżankom wieczorną niespodziankę xD. Załapaliśmy się na końcówkę transmisji. Po niej zjedliśmy jak zwykle wyśmienity obiad dzieła siostry Ali [nie omieszkam nie dodać, że trochę wymusiłem deser – no bo beatyfikacja i w ogóle… no i oczywiście potem go z s. Alą robiłem ;)]. Po obiedzie zgromadziliśmy się znowu na adoracji, po której to udaliśmy się na pełną Eucharystię [dziękczynną] do kościoła na Krupówkach.
Po Mszy nadszedł czas na świętowanie, czyli grill, śpiewy, jedzenie, śmiechy i tańce. Co tańczyliśmy? Menueta i Belgijkę… choć z początku trudno było niektórych namówić do tanecznych harców, po chwili wszyscy bawili się przednie. Do tego stopnia, że zaczęło nam lekko brakować miejsca… nic jednak straconego, bo wyszliśmy na ulicę przed domem i zaczęliśmy tańczyć jeszcze żarliwiej. A było już zdrowo po 22.00 – dobrze, że do najbliższego sąsiada mieliśmy jakieś 500 metrów :). Po naszych szaleństwach przyszedł czas na podsumowanie całości i napisanie każdemu czegoś miłego. W międzyczasie przygotowałem z Piotrkiem niespodziankę, czyli kupione wcześniej lody. Siedzieliśmy do godziny 3.00 a w poniedziałek śniadanie nastąpiło o… 10.00. :). Udało nam się jeszcze wyjść na Szlak do wodospadu Siklawicy a niektórym [którzy wyjeżdżali później] do Sarniej Skały. Spakowawszy się niektórzy jeszcze poszli na Krupówki, Piotrek pojechał taksówką z bagażami do stacji PKP, a ja Marta i Magda poszliśmy pieszo przed wyjściem żegnając się ze wszystkimi. Każdy wyjazd musi się skończyć, po to aby móc jechać na następny, a także po to by mogły rozwinąć się jego owoce.

Dziękuję wszystkim, którzy byli: Siostrze Ali, Pauli, Marcie, Madzi, Asi, Karolinie, Teresce, Piotrkowi, Marcinowi-Borysowi i Arkowi [a także przewijającym się innym gościom w domu]. To był wspaniały czas. :)
PS. W drodze powrotnej siedzieliśmy w wagonie pierwszej klasy, który był przemianowany na drugą – czyli rzeczywiście trzeba czasem znieść małe niedogodności, po to by cieszyć się wygodą później [iksde] ;).